rageman.pl
Muzyka

In Memoriam: Ralph Santolla (08.12.1966-06.06.2018)

Lubicie death metal? Bo ja np. w okresie licealnym miałem moment, że uwielbiałem. To było mniej więcej wtedy, kiedy trzeba było się opowiedzieć czy jest się skejtem, pankiem, dresem czy metalem. Ja wybrałem to ostatnie, a jako swoją niszę uznałem death metal.

Potem tego ekstremalnego metalu było coraz mniej, aż doszedłem do punktu, kiedy lubię posłuchać sobie na repeacie Ewy Farny (czyli stan obecny). A jednak wciąż mam sentyment do metalu śmierci i tych wokali ciasteczkowego potwora, a w kontekście aktualnej pracy taka bezkompromisowa muzyka stanowi nieraz oazę dla mych uszu i umysłu.

Dlatego wczesna śmierć Ralpha Santolli jest także dla mnie dość smutnym wydarzeniem, bo mowa o człowieku który pod względem gitarowej roboty odcisnął silne piętno na tym odłamie muzyki metalowej. Wszak terminował w dwóch najważniejszych bandach tego gatunku, czyli Deicide i Obituary, a przecież zaliczył epizod także w Death. Swego czasu zjechałem tu „The Stench Of Redemption”, który stanowił debiut Santolli w ekipie Glena Bentona, uznając robotę gitarową Włocha za jedyny pozytyw tego albumu. Dziś już nie oceniłbym tego dzieła tak surowo, niemniej wciąż to partie gitar są najjaśniejszym jego punktem. Wciąż niesamowitym pozostaje dla mnie fakt, że taki ultrakatolik jak Santolla w ogóle został przyjęty do tak skrajnie antychrześcijańskiego bandu jak Deicide, a co więcej – nagrać z nimi aż trzy albumy. To tylko pokazuje, że granie (i słuchanie!) metalu to dla wielu Misja, którą aby zrealizować trzeba stać między podziałami. I tym bardziej ta strata jest bolesna.