Andrew W.K.
kto: Andrew W.K.
O dziwo ten wpis nie będzie miał absolutnie nic wspólnego z Twin Peaks. Chociaż też jego główny bohater potrafi dostarczyć wiele radości.
Andrew Wilkes-Krier, bo o nim mowa, to bez wątpienia jedna z najdziwniejszych postaci muzycznych, jakie objawiły się w 21 wieku, na co składa się zarówno jego oferta muzyczna, osobowość, jak i przebieg kariery. Zadebiutował w 2001 w wieku 22 lat albumem „I Get Wet”, z legendarną już okładką ukazującą zakrwawioną twarz Artysty. Jeszcze większy popłoch wywołała jednak muzyka, będąca ekstraktem wszystkiego co najbardziej wieśniackie z hard rocka, glamu i metalu, spojone nie mniej małomiasteczkowymi klawiszami i przede wszystkim textami traktującymi niemal wyłącznie o imprezowaniu. Niestety generalnie nie wykryto żartu, a przynajmniej nie od razu – dość powiedzieć, że Pitchfork dał albumowi druzgocącą notę 0.6, by 10 lat później przy reedycji poprawić ocenę do 8.6, uznając pierwszą recenzję za jedną z największych pomyłek ever. Uczciwie przyznam, że też początkowo nie załapałem żartu, zwłaszcza że trafił w tym czasie na moją fascynację poważnymi projektami typu Limp Bizkit…
Ale no właśnie. Tak się jakoś złożyło, że pomimo iż w składzie zespołu Andrzeja byli muzycy Obituary (!), to koniec końców najżyczliwiej przyjęło go właśnie numetalowe towarzystwo, przez co grał na festiwalach typu Ozzfest (najbardziej pamiętny moment: wspólne wykonanie „She Is Beautiful” z równie utalentowaną co piękną córką Ozzyego). Dwa lata po debiutanckim długograju wydał jeszcze znacznie gorzej (tak komercyjnie, jak i artystycznie) przyjęty „The Wolf”… i tutaj zaczynają się dziać dziwne rzeczy, nie mniej niż w samym Twin Peaks (a jednak!). Albumy wydawane tylko w Japonii, z czego ostatni w 2009 roku, po czym cisza. Ale tylko teoretycznie. Bo Andrew wciąż pozostawał aktywny artystycznie, chociaż lista jego projektów może mocno skonfundować. Produkcje dla Lee Scratch Perry’ego obok remixów Good Charlotte, udział w kompilacjach zarówno hardrockowych jak i dla Disney’a. A przy tym udział w konwentach fanów My Little Pony. Wspólny mianownik? Andrew chce się Bawić. I to się nie zmieniło także w 2018, kiedy to Andrew zaskoczył świat zupełnie nową muzyką, na dodatek opublikowaną pod gigantem wydawniczym Sony Music.
Niestety przychodząc na pierwszy z dwóch polskich koncertów (dzień później Andrew grał we Wrocławiu) do Proximy ze smutkiem zauważyłem, że najwyraźniej polscy słuchacze preferują humor Nocnego Kochanka niż poczciwego Andrzeja i raczej zamiast Imprezy czekała nas bardzo kameralna posiadówa. Na szczęście odrobinę lepiej się zrobiło już po starcie koncertu (bez supportów), zwłaszcza że ci co zdecydowali się przyjść solidnie nadrabiali entuzjazmem i ruchem pod sceną.
Jak wiadomo, najważniejsze w Imprezowaniu jest Towarzystwo, nie dziwne więc że taki imprezowy weteran jak Andrew wie jak dobierać muzyków do zespołu. Naliczyłem sześciu, z czego trzech gitarzystów, każdy wyglądający z jak z innej parafii. Mieliśmy więc na scenie Klasycznego Metala w dżinsie, dla którego muzyka skończyła się na Iron Maiden, Death Metala którego głównym skillem był zabójczy growl, Hardkorowego Brodacza i Funky Laskę. Prawdziwy Party Squad, na którego czele stał On, o tej samej stylówie od prawie 20 lat, czyli biała przepocona koszulka wsadzone w obcisłe jeansy, w które chował mikrofon (na podobieństwo okładki ostatniego albumu) wtedy kiedy z wokalu przesiadał się na klawisze (na których skądinąd całkiem nieźle pomykał). No i ciągle nastawiony na to, by imprezować i wciągać w to imprezowanie innych, nawet jeśli jest to tylko – na oko – 30 osób.
Koncert rozpoczął się dokładnie tak jak ostatni album „You’re Not Alone”, czyli introdukcją „The Power Of Partying” z przejściem w singlowe „Music Is Worth Living For” i „Ever Again”. A potem już wiązanka z trzech albumów, raczej z pominięciem „etapu japońskiego”. W tym największe hity, jak wspomniany wcześniej „She Is Beautiful”, „We Want Fun”, „Tear It Up” czy zagrany na sam koniec bisu „Party Hard”, od którego wszystko się zaczęło. Wszystko odegrane bez zarzutu, z energią nie zakłóconą przez akustyka (czy raczej – nie spieprzoną).
Ostatni album Andrew poza utworami zawiera też jego monologi, w których objawia się nie tylko jako specjalista od imprezowania, ale też od coachingu (zrównując zresztą życie z imprezą). Słucha się tego nieźle nawet po kilku odsłuchach, szkoda więc że w gruncie rzeczy zabrakło tego na koncercie. Może bał się bariery językowej? Mimo to kontakt z publiką był przyzwoity, humor był generalnie rozumiany (najlepszy moment z odliczaniem od stu). Gdzieś z tyłu głowy mam cały czas porównanie do Henry’ego Rollinsa, czyli muzykiem który też lubi sobie „pogadać”. Co też ciekawe, oboje także wystąpili na Off Festivalu. Różnica jest taka, że wiele lat temu kiedy Rollins przyjechał na koncert do Polski to ponoć wciąż dissował publikę za to, że stawiła się tak nielicznie. Tymczasem u Andrew widać było że cieszy się graniem i chce mu się grać, chociaż jeszcze dwa dni wcześniej nie wiadomo było czy koncert nie zostanie odwołany. No, ale Rollins z kolei nie ma nic wspólnego z imprezowaniem, taka drobna różnica.
najlepszy moment: PARTY HARD
ocena: 7,5/10
