rageman.pl
Muzyka

Hurts

gdzie: Torwar, Warszawa

kto: Hurts

 

Pierwszy i zarazem ostatni wpis na tym blogu o zespole Hurts przypada na 2010 rok, czyli datę wydania ich debiutanckiego albumu „Happiness”. Dziś aż trudno to sobie wyobrazić, ale wtedy tych dwóch Brytoli pokochali wszyscy – od casualowych słuchaczy, przez fanów Eski i dyskotek, kończąc na indie rockowej publice wychowanej na „NME” czy też, w naszych warunkach, „Machinie”. Dziś widzimy się w dość odmiennych okolicznościach. Główna fanbaza zespołu ulokowała się na wschodzie Europy (przede wszystkim Polska i, co ciekawe, Rosja), na rynku amerykańskim praktycznie nie istnieją, a nawet rodzima Wielka Brytania coraz mocniej zaczęła się na nich wypinać. Najgorsze jednak jest to, że niejako spełnił się wariant którego się obawiałem w mojej recenzji – dziś Hurts zdecydowanie bliżej do OneRepublic niż Depeche Mode, a pierwiastek ejtisowy zupełnie wyparował. Już na wysokości drugiego albumu „Exile” zajawka zupełnie wyparowała, chociaż tam jeszcze pobrzmiewały echa mroczniejszego podejścia do muzyki. Potem przyszły kolaboracje z Calvinem Harrisem (tym bardziej remizowym niż funkowym), które ukierunkowało Theo i Adama na disco. Prawdopodobnie gdyby nie moje miejsce pracy temat „Surrender” i wydanego we wrześniu „Desire” zupełnie by mnie ominął.  A tak to siłą rzeczy pozostałem w temacie Hurts na bieżąco, co zarazem podtrzymało sentyment do muzyki duetu. Kiedy więc pojawiła się opcja uczestniczenia w koncercie na warszawskim Torwarze, to postanowiłem ją wykorzystać. Trochę żałując że to jednak 2017 a nie 2010 rok, ale jednocześnie wiedząc że później, wraz z kolejnymi albumami, piosenek z „Happiness” będzie w koncertowej setliście Hurts coraz mniej, więc im szybciej odhaczę temat „Hurts live” tym lepiej.

Jak widać na załączonym obrazku Torwar nie został wyprzedany. Więcej – po wejściu na główną salę okazało się, że scena została ulokowana na środku płyty, co zarazem zmniejszyło pojemność obiektu. Czyżby hipsterska Warszawa też już wypięła się na Hurts? Po nastrojowym wstępie w wykonaniu pań z chórku zabłysnęły światła ukazując resztę składu koncertowego, który odpalił „Ready To Go”. Wybór niemal oczywisty – bo i singiel z ostatniej płyty, a i sam tytuł skazuje go na rolę openera koncertów. Zaraz potem zabrzmiał „Some Kind Of Heaven” – singiel pilotujący „Surrender”, a zarazem niejako utwór wyznaczający w historii zespołu moment przejścia na dyskotekową stronę mocy. Trzeba przyznać, że ta scenografia, trochę trącąca Opolem ’82, całkiem współgrała z muzyką… Następny w kolejności „Sunday”, choć podtrzymał taneczny nastrój, pozwolił płynnie przejść w Happinessowe czasy. Bo oto czas na „Silver Lining” – jeden z najładniejszych momentów tamtej płyty. Pierwszy z tych numerów, które oczekiwałem od tego koncertu. Zarazem trochę też bolesny, jak się pomyśli, jak słabo spłacili kredyt zaufania jaki się pojawił wraz z tym utworem.

I tak sobie lawirowali pomiędzy utworami z wszystkich 4 albumów, z lekkim wskazaniem na dwa ostatnie. Większych zaskoczeń brak, chyba że za takowe potraktować akustyczną wersję „Something To Die For”. O improwizacjach nie było mowy, chociaż kilka utworów miało całkiem mocne, rockowe zakończenia. Które udowadniały, że przynajmniej instrumentaliści grają w pełni na żywo – bo trudno było mi oprzeć się wrażeniu, że Theo wspomaga się półplaybackiem (albo miał mocny delay na mikrofonie). Jasne, sporo się ruszał (kontakt z publiką też swoją drogą jak najbardziej na plus), ale bez przesady…

Po niemal równej półtorej godzinie grania (z uwzględnieniem „Wonderful Life” i utworu, który chyba najbardziej zyskuje koncertowo – „Nothing Will Be Bigger Than Us”) dorzucili bis w postaci chyba najładniejszego reprezentanta „Hurts nowożytniego”, czyli „Beautiful Ones” oraz „Stay”. Aż chciało się zaśpiewać ten utwór zespołowi, by pozostali zespołem tak brzmiącym jak w tej piosence. Chyba jednak to se ne vrati…

 

najlepszy moment: WONDERFUL LIFE

ocena: 7,5/10

Leave a Reply