Guns N’ Roses
kto: Guns N’ Roses, Killing Joke, Virgin
Rock. To piękny gatunek i – trzeba to dostrzec, niezależnie od preferencji muzycznych – jeden z najważniejszych, jeśli nie najważniejszy. Tak przynajmniej było w zeszłym wieku. Ostatnimi laty trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że jest to gatunek który wyczerpał już swoje możliwości – no bo ile można wymyślić akordów i riffów na 6 strunach? Coraz mniej u jego reprezentantów innowacji, coraz więcej bezpłciowości, jałowości i nieznośnego schematyzmu. Nawet wznosząc się na wyżyny życzliwości trudno powstrzymać krew z uszu, jaka leci po zetknięciu się np. z takim Antyradiem. Tam jednak przynajmniej próbują coś nowego odkrywać. W przypadku takiego „Teraz Rocka” trudno nie mieć poczucia, że czas zatrzymał się w miejscu. Najważniejsza płyta roku? Deep Purple. Koncert rocku? AC/DC. Czytasz to i aż czujesz łaskotanie wąsa jaki bije z tego magazynu. A jednak w tym momencie sam polecę terazrockiem i powiem, że Koncert Rocku już się odbył. I zagrał go zespół, który swój najlepszy czas przeżywał ponad ćwierć wieku temu. A zatem krótka opowieść o tym, jak niemożliwe stało się możliwym i Axl Rose, Slash i Duff McKagan stanęli razem na jednej scenie. A żeby dopełnić cudowności tej sytuacji to zrobili to niedaleko mojego rodzinnego domu.
Zanim jednak odpłyniemy w komplementach, najpierw rozprawmy się z kontrowersyjnymi aspektami pobocznymi wieczoru.
Organizacja koncertu. Tu się nie wypowiem za dużo, bo akurat ja miałem szczęście. Primo – nagłośnienie w miejscu w którym się znajdowałem (trybuny dolne naprzeciwko sceny) było naprawdę bez większego zarzutu. Ale jestem w stanie uwierzyć w historie tych, którym mniej się poszczęściło. Co tu dużo mówić, ci co budowali stadiony na Euro 2012 niespecjalnie myśleli o doznaniach akustycznych fanów muzyki i trzeba się z tym w końcu pogodzić. I modlić się przed każdym koncertem, by trafić w takie miejsce gdzie będzie coś słychać. Ja sam nie mogę też narzekać na swoje umiejscowienie na czas koncertu, bo trafiłem na swoje miejsce siedzące (z którego i tak zrezygnowałem po 2 piosence na rzecz stania przy barierkach oddzielających trybuny od płyty) bez żadnego problemu. Na niektórych trybunach działy się jednak ponoć dantejskie sceny i „ktoś” powinien ponieść za to jakąś odpowiedzialność. A już na pewno powinien za to, co akurat sam widziałem na własne oczy. Drogie Live Nation, jeśli ktoś wydaje swój ciężko zarobiony pieniądz na najdroższy bilet to nie dlatego, że lubi robić większe niż zwykli śmiertelnicy przelewy tylko dlatego, że za tę kwotę chce mieć konkretny profit, jaki nie mają ci co wydali mniej na bilet. Np. bycie blisko sceny podczas koncertu, by mieć artystę niemal na wyciągnięcie ręki, a przynajmniej aby oglądać go na żywo a nie na telebimie. Na tym polega Golden Circle – na pewnej elitarności osób, które się na nim znajdują. Takie osoby powinny czuć komfort, że jak przyjdą punktualnie na koncert (a nie godzinę przed czasem), to ten najdroższy z całej puli biletów wciąż upoważni ich do korzystania z powyższych przywilejów. W tym kontekście robienie golden circle na 3/4 płyty stadionu jest zwyczajnym skurwysyństwem i oznaką waszej pazerności. Liczę na to, że przy następnych koncertach się zrehabilitujecie, bo inaczej nawet najlepsza agencja powinna mieć problem z uratowaniem waszego PR-u.
Druga rzecz – supporty. Naprawdę nie mam problemu z tym, że TA DODA (a właściwie jej zespół Virgin, ale co za różnica w tym kontekście) wystąpiła przed Guns N’ Roses. Już wystarczająco długo w tej branży pracuję by wiedzieć, że o takich sytuacjach decydują znacznie mniej romantyczne opcje niż to, że Slash się „zakumplował” z Dodą (kiedy był z własnym zespołem w Polsce to Doda wsparła ich podczas „Sweet Child Of Mine”), choć oczywiście też mógł on czy reszta gunsowego składu nie zgodzić się na taki support. Nie mam też nic przeciwko supportom z innych niż gwiazda wieczoru bajek muzycznych – kilka takich sytuacji przerabiałem (np. Mickey Avalon przed Red Hotami), bywało różnie, ale zawsze z szacunkiem – skoro gwiazda wieczoru uznała, że warto pokazać danego wykonawcę przed ich własną publicznością, to warto chociaż dać mu szansę. Problem z Virgin jest zupełnie inny – moim zdaniem muzycznie jest to cienkie jak sik węża. Słychać było świadomość tego przed kim grają, więc swój tradycyjny paździerzowy pop rock dociążyli równie paździerzowym numetalowym brzmieniem. A kiedy zapodali sampel z Jana Pawła 2, skwitowany uderzeniem gitar rodem z Limp Bizkit – wymiękłem totalnie. I tylko szkoda w tym wszystkim właśnie samej Dody – dziewczyna z takim potencjałem powinna być forpocztą Popu w Polsce, wyznaczać trendy przynajmniej w skali lokalnej, być polską Lady Gagą czy choćby Rihanną. A tak to pozostaje ewenementem na skalę światową – jedna z największych gwiazd muzyki w tym kraju, bez choćby jednego hitu który można skojarzyć i zanucić.
Na przeciwległy punkt na skali jakości przesunęliśmy się za sprawą drugiego supportu, czyli Killing Joke. Przyznam ze wstydem, że moja edukacja muzyczna zupełnie pominęła ten zespół, więc poza oczywistościami typu „Eighties” nie jestem w stanie zarzucić jakimikolwiek innymi tytułami. Wiedziałem jednak że mogę spodziewać się muzycznego konkretu i taki otrzymałem. Bezkompromisowo. Apokaliptycznie. I chyba jednak nie do końca przystające do warunków stadionowych. Inna sprawa, że to nie był koncert stricte dla fanów – bo ci mogli zobaczyć KJ dzień wcześniej w Progresji. Mieli rozgrzać, to rozgrzali. Spróbowali zachęcić nowe osoby do kontaktu z ich twórczością – jestem przekonany, że to też się udało. I miło było zobaczyć, w jak totalnie szczery sposób można wyrażać swoje zadowolenie z grania koncertu i ogólnie bycia w Polsce, jak robił to Jaz Coleman. Biorąc pod uwagę jego relacje z mieszkającym w Polsce Nigelem Kennedym – mogło to mieć swoje podstawy.
Nastała jednak godzina 20.45 – zgodnie z timetable czas rozpoczęcia występu gwiazdy wieczoru. W przypadku tego zespołu każda obsuwa graniczy z zawałem serca. A jeśli Axlowi znów coś odjebało i nie wyjdzie na scenę? A jednak już 5 minut później wszystko stało się jasne – wystąpią. Na TEJ Ziemi. Gdańskiej ziemi.
Nie mam w zwyczaju zapoznawać się przed koncertami z setlistami zespołów, bo lubię być zaskoczonym, ale w przypadku G N’R byłem więcej niż święcie przekonany, że koncerty rozpoczynają od „Welcome To The Jungle”. A tymczasem zaczęli od innego klasyka – „It’s So Easy”, a po drodze zaliczyli jeszcze „Mr. Brownstone” i tytułowy track z „Chinese Democracy”. Swoją drogą uznaję to niesamowitym, że po takich przejściach Slash i Duff nie mają problemu by grać piosenki z albumu, który powstał bez jakiegokolwiek ich udziału – wyobraźcie sobie Johna Frusciante grającego choćby jedną nutę z „One Hot Minute”… Ale to właśnie od „WTTJ” zaczął się dla mnie koncert. I od tego wstępu, z zagajeniem Axla. „You’re gonna dieeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”.
Właśnie, Axl. Przyznam szczerze, że niejako w rachubę wziąłem to, że koncert pod względem wokalnym może stać co najwyżej na średnim poziomie. Lata już nie te (wokaliści mają rzeczywiście najgorzej, jeśli chodzi o uporanie się z upływającym czasem), rock and rollowy tryb życia też zrobił swoje. Widziałem fragmenty poprzednich koncertów z tej trasy, jak i występy z AC/DC – cóż, nie brzmiało to najlepiej. A tymczasem w Gdańsku zaskoczenie. Może to kwestia natężenia dźwięku przytępiającego zdrowy rozsądek, może nadmiar euforii, ale tego wieczoru Axl naprawdę dawał radę! Oczywiście do możliwości sprzed ćwierć wieku nie było porównania, ale wstydu nie było. Warunek – robienie sobie przerw w trakcie popisów instrumentalistów. Bo kiedy śpiewał którąś z piosenek z rzędu, to robiło się już gorzej i Axlowi włączał się tryb „zmęczonej Myszki Miki”. Ale też przy takich okolicznościach, za pociągnięcie prawie trzygodzinnego koncertu nie należy się nic innego jak zwykły szacun.
Reszta? Duff, „King of Cool”, a jednocześnie najbardziej punkowy wizerunek, spotęgowany przejęciem głównego wokalu w coverze Misfits „Attitude”. Slash, o wizerunku najbardziej klasycznym z klasycznych, z nieodłącznym cylindrem i okularami. Było to na co wszyscy czekali (wbrew opinii redaktora Guldy), czyli niezliczona ilość solówek, połączonych z efekciarskim zeskakiwaniem ze schodów. I być może chemia między tą trójką była zerowa, ale tylko osoba totalnie nieobeznana z realiami showbizowymi mogła liczyć na to, że panowie będą sobie padać w ramiona po każdym odegranym utworze. Powiedzmy sobie wprost – są w tym dla kasy, ale przynajmniej na tę kasę zarabiają uczciwie, dając z siebie maxa. A że pominęli w tym Stradlina i Adlera (opcjonalnie Soruma)? Cóż, o wiele fajniej dzieli się kasę na trzech niż na pięciu. Zwłaszcza że reszta muzyków (m.in. Dizzy Reed, Richard Fortus) to nie są ułomki, no i też ich staż w zespole już dawno przekroczył Slasha i Duffa.
Przy takim natężeniu hitów (oraz ich długości) trzy godziny nie wydają się jakąś przesadą, a jednak trochę tych niespodzianek repertuarowych było. Poza numerami z „Chinese Democracy” („This I Love” i „Better”) – mnóstwo coverów. „Live And Let Die” (miazga, zwłaszcza wokalna!) i „Knockin’ On Heaven’s Door” to akurat typy oczywiste, ale już wspomniany Misfits czy „The Seeker” The Who – znacznie mniej. Prawdziwą bombą było natomiast „Black Hole Sun” na sam koniec koncertu. Niesprawiedliwością byłoby nazwanie tego podpinaniem się pod falę tribute’ów – Soundgarden przecież supportowało Gunsów na trasach, a sam Cornell wystąpił na solowej płycie Slasha. I choć obiektywnie nie było to poruszające wykonanie, to i tak wzruszenie było całkowicie na miejscu (jakby tego było mało – pierwszym numerem jaki zabrzmiał z głośników po zakończeniu koncertu był… „You Know My Name”). Pięknym fragmentem koncertu było też wykonanie „Wish You Were Here” Pink Floydów – głównie ze względu na gitarowy duet Slasha i Richarda Fortusa. Akurat Fortus nie był bezpośrednim następcą Slasha w Gunsach, ale i tak teoretycznie ego mogłoby nie pozwolić temu drugiemu na taki duet. A jednak pozwoliło. I chwała mu za to.
A mieliśmy jeszcze sporo cudzesów we fragmentach. Jak „Melissa” Allmanów, czyli kolejny tribute dla zmarłego niedawno rock herosa. Czy „Layla”. Lub „Voodoo Child”. To właśnie były te fragmenty które pozwalały wytchnąć Axlowi przed kolejnymi wykonami Klasyków. Tych z kategorii urywających dupę – „Sweet Child Of Mine”, „My Michelle” czy Ten-Na-Który-Czekałem-Całe-Życie-By-Go-Usłyszeć-Na-Żywo aka „You Could Be Mine”, jak i tych balladowych – „Patience”, „Civil War” i „Estranged”. W tej drugiej kategorii czekałem – podobnie zresztą jak chyba większość zgromadzonych – na jeden utwór. Który oczywiście zabrzmiał, prawie pod koniec właściwego setu. I choć zabrakło Slasha wchodzącego na fortepian przy trzeciej z solówek, to i tak będzie można o tym wykonaniu „November Rain” opowiadać dzieciom.
O ile początek koncertu mógł zaskoczyć, tak już jego koniec mógł zakończyć się tylko i wyłącznie jednym utworem. Tak, Gdańsk na co dzień jest „Paradise City”, ale tego wieczoru było nim jeszcze mocniej. Ktoś powie że rockowy skansen, ja powiem że przepiękny powrót do czasów, kiedy rock miał Jaja. I przypominający o tym, co utraciliśmy, kiedy rząd dusz na stadionach zaczął sprawować Coldplay.
najlepszy moment: YOU COULD BE MINE (nie wiem czy obiektywnie, ale co mnie to obchodzi)
ocena: 9/10
