London Town
reżyseria: Derrick Borte
Uważając się za dość liberalną osobę w dziedzinie sztuki i wyznaczaniu dla niej granic natury estetyczno-moralnej, jest jednak jeden aspekt do którego jestem dość sceptycznie nastawiony. Mianowicie chodzi o wykorzystywanie wizerunku osób zmarłych – mowa tu zarówno o filmach biograficznych (lub takich, w których postaci oparte są na rzeczywistych osobach), jak i tzw. albumach pośmiertnych. Sedno problemu tkwi w tym, że zmarli głosu nie mają, w szczególności głosu sprzeciwu. Co za tym idzie – nie mogą kontrolować tego, gdzie i w jakim celu wykorzystywana jest ich marka którą sobie wypracowali za życia. Owocuje to czasem absurdalnymi sytuacjami (vide dyskografia 2pac’a, który dorobił się większej ilości albumów po śmierci niż za życia), w sporej mierze jednak sytuacjami żenującymi. Weźmy taką „Ostatnią Rodzinę” – być może nie powinienem się wypowiadać o filmie którego nie widziałem, natomiast nie jest chyba przypadkiem, że tak wiele bliskich osób Tomka Beksińskiego było tym filmem zniesmaczonych (czy raczej konkretniej – tym, jak ten kultowy dziennikarz został przedstawiony). Żenuje mnie ignorancja twórców takich filmów, zapominających (a może wręcz przeciwnie, działających z premedytacją?) że postacie w ich filmach miały też jak najbardziej rzeczywistych przyjaciół, bliskich, dla których konfrontacja tego co pamiętają z tym co zobaczą na ekranie może sprawiać im ból. Szacunek – to może być słowo-klucz w całej tej problematyce.
Jak w tym kontekście prezentuje się „London Town”, gdzie wykorzystano postaci muzyków legendarnych The Clash? Od razu postawmy sprawę jasno – to nie jest zły film, a wręcz przeciwnie. Trudno też powiedzieć, by Joe Strummer (reszta muzyków pojawia się praktycznie w epizodycznych rolach) został przedstawiony w jakikolwiek negatywny sposób. Czy jednak nie przeszkadzałoby mu, że on i jego dzieło życia jakim było The Clash wpisano w kanwę historii, która w gruncie rzeczy mogła by wyjść spod pióra Walta Disney’a?
Sprecyzujmy: film opowiada historię 15-letniego Shay’a, razem z młodszą siostrą wychowywanego samotnie przez ojca na typowym angielskim wygwizdowie. Pewnego dnia dostaje od matki (która porzuciła spokojne rodzinne życie na rzecz bujania się po punkowych squatach) kasetę z piosnekami The Clash. To, plus poznana niedługo później punkówa Vivien, mieszają mu w głowie na tyle, że buntuje się przeciwko ojcu, porzuca styl grzecznego angielskiego chłopca w mundurku i jedzie na koncert The Clash do Londynu. W międzyczasie następuje jednak splot tragicznych wydarzeń, przez który musi przebyć przyspieszony kurs dorosłości. A dorosłość nie zawsze musi iść w parze z punkowym buntem.
To co na pewno odróżnia ten film od produkcji Disney’a to forma. Być może to siła autosugestii, bo za zdjęcia odpowiada nasz rodak Hubert Taczanowski (któremu temat punku nie jest obcy – jest odpowiedzialny za klipy m.in. Kultu czy Siekiery), ale wizualnie film jest przepyszny, maksymalnie klimatyczny i stuprocentowo „brytolski”. Podobnie jak akcent występujących tu postaci – dla brytofilów (do których się zaliczam) absolutny miód na uszy. Nie można też przyczepić się do aktorów – w większości są to totalnie nieopatrzone twarze (przynajmniej dla globalnego widza), poza Jonathanem Rhys Meyersem, któremu przypadła rola Joe Strummera właśnie. I tu mam pierwszą wątpliwość. Nie jestem ekspertem od biografii lidera The Clash, natomiast słuchając tak genialnej, różnorodnej muzyki jaką popełnili (i tekstów Strummera! mimo iż skrajnie lewicujących), zawsze miałem w głowie jego obraz jako inteligenta, nawet jeśli wywodzącego się z klasy robotniczej. W „London Town” spłycono jego postać do dość mało skomplikowanego chłopka z gitarą, a zarazem dość rozrywkowego, z którym można i iść się napić, i dać komuś w mordę. Nie wątpię że Strummer to był równy gość, ale żeby aż tak?
Nie ma co się tu zanadto skupiać na postaci Strummera, bo i sami twórcy filmu się na nim nie skupili. Kluczowa kwestia – jeśli ktoś myślał, że dowie się z filmu cokolwiek o The Clash, to się srodze zawiedzie. The Clash służą tu wybitnie jako tło, tak muzyczne jak i przede wszystkim fabularne, dla historii Shay’a. I to nie musi być złe, zwłaszcza że The Clash dorobili się już kilku produkcji filmowych na swój temat. Problem w tym, że ów historia to nie jest opowieść na miarę „Billy Elliot” czy innych tego typu klasycznych produkcji typu „coming of age”. A o jej głównych bohaterach trudno powiedzieć coś więcej niż to, że są bez wątpienia sympatyczni. Na dodatek za dużo tu balansowania na granicy realizmu (czy nawet jej przekraczania), by poważniej się zaangażować. Bo, dla przykładu, trzeba mieć dużo wiary w widza, by uwierzył w to, że 15-latek (czy właściwie ktokolwiek!) będzie po przyspieszonym kursie prowadzenia samochodu – i to jeszcze na atrapie wozu, z pedałami wyciętymi z kartonu itp. – w stanie normalnie zasuwać po londyńskich ulicach. No chyba że łatwiej jest nauczyć się jeździć lewą stroną jezdni…
Trochę nie dziwi mnie, że film niemal od razu wylądował na DVD i w streamingu, bo to rzeczywiście za mała rzecz na format kinowy, choć jeszcze raz podkreślę że sympatyczna i na pewno nie jest to zmarnowane półtorej godziny życia. Wczorajszy seans w kinie Atlantic był jednak wyjątkowy nie tylko dlatego, że był to jedyny pokaz w Polsce tego filmu na dużym ekranie, ale też zrobiono go z pompą godną premierowych pokazów – z celebrytami, ścianką itp. Tyle że tu celebrytami byli Robert Brylewski, Muniek Staszczyk i inne gwiazdy „epoki Jarocina”. Ciekaw jestem jaka była ich reakcja na ten film? Czy w Polsce mógłby powstać podobny film, np. z Brygadą Kryzys w tle? Przede wszystkim jednak – co sam Joe Strummer powiedziałby na „London Town”?
najlepszy moment: to nie jest obiektywny wybór, bo „Clampdown” to moja ścisła czołówka ulubionych tracków The Clash, niemniej scena na próbowni – dreszcz
ocena: 7,25/10
