John Garcia
kto: John Garcia
Żeby nie było – nie tylko Twin Peaks się interesuję. Czasem także np. muzyką, choć od jakiegoś czasu zdecydowanie bardziej tą w wersji studyjnej, słuchanej w komfortowych domowych warunkach. W tym roku, wobec dość atrakcyjnej oferty koncertowej w tym roku w Polsce, postanowiłem trochę ponadrabiać zaległości. Wczoraj była pierwsza odsłona tego procesu.
Choć akurat w tym wypadku to nie było pierwsze moje spotkanie z Johnem Garcią. Choć spotkanie sprzed prawie siedmiu lat wyglądało zupełnie inaczej. Po pierwsze, to było środek wyjątkowo gorącego lata (na dodatek we Wrocławiu, gdzie generalnie jest chyba zawsze najcieplej w Polsce). Po drugie i najważniejsze, wtedy był to koncert w pełnym składzie, z pełną „elektryką”. Wczoraj otrzymaliśmy okrojony do dwóch wykonawców (poza Garcią grający na gitarze Ehren Groban) set akustyczny. Oczywiście taka formuła została sprowokowana przez drugi solowy album Garcii, „The Coyote Who Spoke In Tongues”, na którym znajdziemy akustyczne wykonania zarówno premierowych utworów, jak i interpretacje klasyków Kyussa (dla totalnie zielonych w temacie – John miał przyjemność być wokalistą tego kultowego zespołu). No ale właśnie – wczoraj otrzymaliśmy tych utworów Kyussa sporo, ale we Wrocławiu repertuar Kyussa stanowił niemal 100% setlisty. Zresztą cała tamta trasa była firmowana jako „John Garcia plays Kyuss”. I mam wrażenie, że ta różnica miała wpływ na frekwencję wczorajszego wieczoru. Oczywiście można patrzeć na pozytywy w postaci kameralnej, rodzinnej atmosfery, niemniej lekko smucące jest to, że facet który 20 lat temu grał na stadionach Ameryki i Europy, dziś grywa głównie dla oldschoolowych fanatyków. Tym bardziej smuci to w kontekście jego ówczesnego kolegi z Kyussa, Josha Homme’a, który wraz z Queens Of The Stone Age dalej te stadiony zapełnia…
Ale cieszmy się tym co mamy, bo naprawdę był to wyborny „wykon”. Jak się okazało, „Gardenia” czy „El Rodeo” nie potrzebują pustyni, brudu i gitar puszczonych przez wzmacniacze basowe, by dalej się broniły. Jeśli ktoś miał wątpliwości, że to są po prostu świetne kompozycje, to wczoraj mógł ostatecznie te wątpliwości rozwiać. I co ważne też – mimo minimalistycznego aranżu te numery wciąż miały kopa, większego nawet niż na „The Coyote…”, gdzie sporo jest tzw. chillu. Być może gdyby koncert odbył się w Sali Kongresowej czy teatrze jakimś…. Beerokracja z teatrem nie ma nic wspólnego, wczorajszy klimat był ewidentnie rockowy. Bez pogo, ale za to z muzykami na wyciągnięcie ręki i dość bezpośrednim kontakcie werbalnym. Po tych dwóch spotkaniach z Garcią mogę chyba uznać, że typ to raczej trzymający na dystans, mimo to wciąż mega serdeczny i może nawet jeśli nie tryskający szczęściem, to chyba pogodzony z tym w jakim miejscu się aktualnie znajduje. Dużo słyszeliśmy o jego żonie Wendy która za kilka dni ma urodziny, w pewnym momencie wyciągnął telefon i poprosił zebranych by wspólnie wykrzyczeli „Happy Birthday, Wendy”. Wywiązali się z nawiązką, bo dołożyli do tego zaśpiewanie „Sto Lat”, co autentycznie wzruszyło Garcię. Gdy koncert zbliżał się powoli do końca Garcia zapytał się, czy są na sali jakieś małżeństwa. Zgłosiły się dwie pary, które od tego momentu mogły oglądać występ z perspektywy kanapy umieszczonej z tyłu sceny. W sumie spoko opcja.
Każdy komu bliski jest stoner rock musi choć raz usłyszeć TEN głos na żywo – to jest rzecz oczywista. I następnego koncertu Garcii zapewne nie odpuszczę, choć od solowego setu wolałbym jednak opcję, że dogaduje się z resztą chłopaków z Vista Chino i w tym składzie (ponownie) nawiedzą Polskę. Tam, z racji składu (Brant Bjork, Nick Oliveri), natężenie piosenek Kyussa w setliście powinno być jeszcze większe…
najlepszy moment: Green Machine
ocena: 8/10
