Rekapitulacja roczna – 2016
Szukałem przez ponad godzinę, wytrwale i niemal wszędzie: od Porcysa, poprzez Onet, na (/osiągniecie dna) Demotywatorach skończywszy. Jakiejś inspiracji, wskazówki, może nawet błyskotliwego spostrzeżenia lub bon motu do ewentualnego zajumania i sprzedania jako własnego. Czegokolwiek, czym mógłbym zacząć ten wpis – nawet nie na zasadzie hitchcockowego trzęsienia ziemi, ale w JAKIKOLWIEK sposób. I nic. Poszukiwania zakończone kilkunastominutowym dumbgaze’m w monitor. Tak wygląda upadek kogoś kto nastoletnie życie spędził w przeświadczeniu, że ze słowem pisanym o muzyce zwiąże przyszłość.
Skoro więc nie tylko nie wiem JAK, ale też i O CZYM i chyba też DLA KOGO, to PO CO? Well, odpowiedź na to pytanie może mieć wiele z tym „dlaczego pracujemy i po co ZUS płacimy”, a można by je dodatkowo ohasztagować #ekshibicjonizm #pokolenieselfie #drogifejsbuczku #drogiinternecie. Nie brnijmy więc w to dalej i niepostrzeżenie przejdźmy do sedna, trzymając się kategorii sprzed roku.
WYDARZENIE ROKU
Nie sądziłem, że kiedykolwiek jakaś rzecz będzie w stanie dorównać Muzyce jako temu, co nadaje sens mojemu wstawaniu z łóżka dzień w dzień, od 30 lat. Już wcześniej, przy okazji rozmaitych wyjazdów przeczuwałem że coś się święci, ale tegoroczne wyjazdy do Chin oraz Islandi ostatecznie przypieczętowały sprawę.
Co jednak najlepsze w tym, zajawka Muzyką i Podróżami nie muszą się wykluczać, a w cudowny sposób się uzupełniają (zwłaszcza jeśli jest w tym sporo tzw. muzycznej turystyki – o co akurat w Chinach, kraju maksymalnie ograniczającym wpływy „zgniłego Zachodu” i restrykcyjnie podchodzącym do współczesnej kultury, było dosyć trudno). Najkrócej, choć w dość górnolotny sposób rzecz ujmując – muzyka otwiera serce, podróże umysł. O ile w pierwszym wypadku zawsze możesz wyłączyć „play”, tak będąc przez 3 tygodnie „skazanym” na obecność w czyimś domu/kraju – nie masz innej opcji. I dostrzegasz, że na tej malutkiej planecie są biliardy sposobów na spędzenie życia w inny, czasem skrajnie, sposób niż Twój. I w żaden sposób nie są one gorsze lub lepsze (o ile nie przekraczają granicy za którą dzieje się komuś krzywda – w kontekście Chin sprawa nieoczywista), tylko inne. A próba ich oceniania, jeśli już ma się odbywać, nie powinna wychodzić poza obszar Twojej głowy. I jeśli miałbym wybrać jedną refleksję, którą najbardziej chciałbym wynieść z tego minionego roku, to właśnie wybrałbym tą. Trochę też marzy mi się, by w ramach jakiegoś międzynarodowego (międzyplanetarnego?) programu osoby reprezentujące prawą stronę postrzegania rzeczywistości wysyłano za granicę. Nawet nie musi to być Azja, gdziekolwiek. Najlepiej te z Polski. Jestem przekonany, że odmieniło by im się bardziej niż Giertychowi.
honorable mention: Polska @Euro 2016, PJ Harvey @Open’er oraz mocne wdrażanie projektu pt. „zdrowie”
ROZCZAROWANIE ROKU
Cóż, choć spędziłem ten rok na nauce skupiania się na pozytywach (chcę wierzyć że pierwsze rezultaty już są), to nie ma co ukrywać – było sporo rozczarowań w tym roku, niemal od samego jego początku. Choćby to, że nie każdego roku traci się dwóch kumpli, na dodatek obu w niewyjaśnionych okolicznościach… Ale i w skali makro działo się źle, chociaż (/optymizm) jeszcze wstrzymałbym się z ostateczną oceną wyborów podjętych przez Brytyjczyków i Amerykanów. Co zaś tyczy się tego co nas, fanów popkultury, najbardziej zajmuje… Zawsze szydziłem z podsumowań w Tylko/Teraz Rocku, gdzie na 10 miejsc w kategorii „Rozczarowanie roku” połowa to były zgony. No bo przecież za słownikiem PWN: rozczarować — rozczarowywać «zawieść czyjeś oczekiwania, wyobrażenia o czymś». Nie wiem jak wy, ja raczej nie oczekuję po ludziach że będą nieśmiertelni.
A jednak w przypadku 2016 roku trudno nie zauważyć, że byliśmy świadkami dawno nie widzianej kumulacji pożegnań ze światem ludzi szeroko pojętej popkultury. Mnie osobiście najbardziej w tym kontekście podłamały daty 10.01, 21.04 i 07.11 (rozwiąż to sam), ale nie można zapominać o takich osobistościach jak George Martin, Piotr Grudziński, Glenn Frey, Phife Dawg, George Michael, Pete Burns czy z innych, równie ważnych dla mnie sfer jak film (Andrzej Wajda, Alan Rickman, Carrie Fisher) czy sport (Johan Cruyff). Ciężko też nie dostrzec, że w sporej części przypadków była to śmierć przedwczesna, co tylko wzmacnia mit 2016 roku jako roku przęklętego… ale przecież i we wcześniejszych latach tak bywało. Może więc to jest ten moment, w którym umierają bohaterowie naszego pokolenia, dlatego tak jesteśmy wyczuleni na kolejne internetowe artykuły z cyklu „XXX nie żyje”?
ZIOMKI ROKU
Musząc wybrać w kategorii „Wydarzenie roku” jakąś konkretną opcję wskazałbym na podróż do Chin, dlatego ten akapit chciałbym poświęcić nie mniej magicznej wyprawie na Islandię. Trudno wybrać bardziej różniący się kierunek od Chin. Oba kraje dzieli praktycznie wszystko – wielkość obszaru i populacji, pogoda, poziom życia (przynajmniej ten widoczny na pierwszy rzut oka), mentalność, ale to co nas tutaj najbardziej będzie interesować – podejście do sztuki. Kiedy poprosiłem przyjaciółkę by pokazała mi w Pekinie sklep muzyczny, dostałem w odpowiedzi coś co nie różniło się specjalnie od opcji zakupu muzyki w Biedronce. W Reykjaviku ma się wrażenie, że realizują program „sklep z winylami na każdą rodzinę”. Właśnie – winyle. Być może wciąż podstawowy nośnik muzyczny w tym kraju. I bynajmniej nie świadczy to o ich zacofaniu. Nie chcę generalizować (a tym bardziej strzelać sobie w stopę, biorąc pod uwagę czym zajmuję się na co dzień), ale tam Muzykę się szanuje. Gramofon stoi praktycznie w każdej knajpie, kafejce – nie jako rekwizyt, nie jako coś z czego można puścić muzykę do tła, ale jako narzędzie umożliwiające POSŁUCHANIE muzyki ze sterty winyli które leżą obok gramofonu lub który się przed chwilą kupiło. Znamienne jest też, że nie uświadczysz tam lokalnych oddziałów majorsów czy też dystrybutorów muzyki. W efekcie nie tylko owocuje to znikomą rolą jaką odgrywa tzw. mainstream muzyczny, ale też swoistą „samowystarczalnością”. W skrócie: na Islandii jesteś albo rybakiem albo muzykiem. I wejście w środowisko tych drugich jest równie zajebiste co oglądanie tych wszystkich cudów natury jakie widzicie na google grafika pod hasłem „Islandia”. Z tą różnicą, że tego pierwszego nie zaoferuje Ci żadne biuro turystyczne. Nie mówiąc już o piciu browarów w jednej knajpie z Bjork, ale to już jest temat na inną okazję…
Teledysk powyżej jest autorstwa jednego z wcieleń muzycznych przesympatycznego osobnika o imieniu Pan, który nam udzielił noclegu i towarzystwa, i którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam!
honorable mention: The Shipyard – Niebieska Linia
MUZYKA ROKU
Tym razem odpuszczam konkretne kategorie typu album roku/piosenka/guilty pleasure itp. Powód: brak skali wynikający z postępującej degrengolady kulturalnej. Owszem, było mnóstwo muzyki w tym roku. Ale głównie tej słuchanej „służbowo”, czyli z jednej wytwórni i w głównej mierze jednego, popowego gatunku. Co się więc będę wygłupiał.
Dlatego więc poniżej znak naszych czasów – playlista. Z tym, co wybrzmiewało w mojej głowie (sercu?) w minionych 12 miesiącach. Nowości i stare/ponowne odkrycia. Żadne to obiektywnie najlepsze piosenki, zwłaszcza że niestety wciąż jestem podatny na urok piosenek z tzw. dupy. Co zresztą też trochę widać poniżej. Starałem się o kolejność „tematyczną”, ale wyszła też po części kolejność chronologiczna. Bo rzeczywiście rok się zaczął z wysokiego (a właściwie najniższego) C, by potem nabierać coraz więcej pozytywów.
Jak już musiałbym jednak pokusić się o jakiś komentarz/wybór konkretnego albumowego dzieła… przyznam, że im dłużej się waham między „You Want It Darker” a „Blackstar”, tym coraz bardziej korzysta na tym „You and I” Jeffa Buckley’a. A przecież jeszcze jest kapitalny powrót A Tribe Called Quest. I świetny projekt „Everything’s Beautiful” z Milesem Davisem w roli głównej. Tak, ja też tu dostrzegam pewien wspólny mianownik.
NADZIEJE NA PRZYSZŁY ROK
Poza nieustającym zestawem ogarniać bardziej muzykę/nadrobić zaległości filmowe/schudnąć jest kilka innych planów, które mają więcej z prywatą wspólnego, więc nie wchodzę w szczegóły. A zamiast tego dam jeden filmik:
