rageman.pl
Muzyka

In Memoriam: David Bowie (8.01.1947-10.01.2016)

Długo się zbierałem do tego wpisu, szukając co raz to bardziej wymyślnych zajęć zastępczych. A przecież nikt by nawet nie zauważył braku tej notki, zwłaszcza biorąc pod uwagę totalne rozregulowanie funkcjonowania tego bloga. Potrzeba pożegnania się z Artystą – który nie tylko dostarczył mi multum przeżyć pojawiając się w moim muzycznym świecie z kilkoma swoimi płytami/piosenkami, ale de facto kładąc fundament pod krajobraz tego świata , mając kluczowy wpływ na przynajmniej połowę grona tych osób, które w przeciągu ostatnich 50 lat zjamowały się tworzeniem muzyki (w tym tych kilka z mojego absolutnego topu) – była jednak na tyle silna, że wiedziałem że nie mogę odkładać tego w nieskończoność.

Tylko że co można napisać odkrywczego o kimś, kogo dokonania na czynniki pierwsze rozkładali w przeciągu ostatnich kilku dekad wszyscy mniej lub bardziej związani z muzyką – od recenzentów i krytyków muzycznych, poprzez badaczy dziejów popkultury, na akademikach skończywszy? Pytanie może nawet powinno zostać postawione inaczej – czy można? I jak się nie narazić na śmieszność, podejmując się tematu z pozycji jakby nie patrzeć zwykłego fana muzyki, któremu do geeka muzycznego pełną gębą sporo brakuje, na dodatek pisanie o muzyce traktuje stricte hobbystycznie? Jak w tym kontekście pisać sensownie o geniuszu „Low”, „”Heroes”” czy „Ziggy Stardusta”, a co gorsza – na tyle przekonująco, by choć trochę przekonać wciąż nieprzekonanych (wszak nie ma obowiązku padania na kolana przed Bowiem, choć nie miałbym nic przeciwko by taki nakaz wprowadzić)?

Spróbujmy więc inaczej podejść do temat. Temat lekcji: „David Bowie i ja”.

Bardzo chciałbym napisać, że skorupka mojego gustu muzycznego już za młodu nasiąkała „Space Oddity” i innymi klasycznymi pozycjami z twórczości Davida Roberta Jonesa, no ale niestety w domu państwa Kozłowskich rządziły trochę inne klimaty, choć wciąż przecież nie takie najgorsze – Pink Floyd, Led Zeppelin, The Police, a z innej beczki Quincy Jones czy Michael Jackson. David dostawał się więc do mojego dziecinno-nastoletniego świata bocznymi drzwiami – najpierw jako Król Goblinów w „Labiryncie”, jednej ze szlagierowych filmowych pozycji w najwcześniejszym okresie, a następnie poprzez MTV katujące na początku lat 90tych klipy do „Let’s Dance” (bardziej) i „Jump They Say” (mniej). Skłamałbym mówiąc, że już tutaj pojawiła się chęć wgłębienia tematu – nie ogarniałem wtedy jeszcze, ale nawet z dzisiejszej perspektywy, choć mega lubiąc te utwory (w swej singlowej kategorii), do okresu tzw. „Phil Collins years” (czyli zdecydowana większość dokonań z lat 80-tych) mam mieszane uczucia. Z pomocą przyszedł więc inny David. David Lynch. Do dzisiaj czuję zaszczyt, że Bowie zechciał zawitać choć na te kilka minut do świata „Twin Peaks”. Kilka minut, ale jakich! Być może najlepszych w całym „Ogniu Krocz Za Mną”. To już był konkretny cios, poprawiony jeszcze „I’m Deranged” ze ścieżki dźwiękowej i zarazem intra „Zagubionej Autostrady”. Zajawka więc rozpoczęła się więc w późnych latach 90tych od okresu „industrialnego” – o którym nie dam złego słowa powiedzieć, stawiając „Outside” w gronie ulubionych albumów.

Kontekst „Nine Inch Nails years” (tym razem to autorskie okreslenie) to mega dobry powód by przejść do sedna całego tego wpisu oraz próby wytłumaczenia, dlaczego David Bowie. Odpowiedź brzmi: ponieważ jest on definicją tego, czym dla mnie Artysta jest i czym powinien być. Uwielbiam Ramones i Motorhead (także zresztą RIP), szanuję AC/DC. Nie przeszkadza mi, jeśli artysta/zespół – w dużym uproszczeniu oczywiście – gra wciąż tę samą piosenkę pod innymi tytułami. Więcej – czasem może i rzeczywiście lepiej, jeśli wykonawca trzyma się sprawdzonych patentów aniżeli wbija na mielizny poszukiwań i experymentów, tylko po to by sobie i recenzentom (bo fani przecież tego nawet nie chcą) udowodnić że mogą. Nigdy jednak nie umieszczę w jednym zdaniu „artyzm”, „David Bowie”, „AC/DC”. Bo wiecznie poszukując, wiecznie redefiniując się na nowo, wciąż tym samym stawiając wyzwanie słuchaczom, wreszcie – wciąż będąc nie tylko inspiracją, ale i zainspirowanym, wychodząc daleko poza ramy muzyki (przypominając za wikipedią: English singer, songwriter, multi-instrumentalist, record producer, painter, and actor), Bowie wyznacza skalę tego, czym bycie Artystą, czym Sztuka jest. I co, przepraszam fanów, czyni AC/DC wybitnymi w swoim fachu, ale jednaym tylko rzemieślnikami. Sztuka to podejmowanie ryzyka. A że Artysta to wciąż tylko człowiek, to nieodzowne jest, by popełniał „błędy” – dla jednych to będzie „Tonight”, dla innych „I’m Afraid Of Americans”, a jeszcze dla kogo innego „Reality”. Jeśli jednak i artysta ucząc się na błędach zrehabilituje się jednym „Blackstarem”, to jestem gotów nie tylko wybaczyć, ale i powitać z otwartymi ramionami single z Tiną Turner. Zresztą, większości artystów należy się amnestia za lata 80-te.

Wiadomość o śmierci Bowiego była ciosem z kilku przynajmniej powodów, odbiegających od tradycyjnego schematu „fan-artysta”. Jeszcze 8 stycznia wszyscy podwójnie świętowaliśmy – bo przecież nie tylko 69 urodziny, ale też i premiera nowego albumu „Blackstar” – tym razem nie trzeba było wprawdzie czekać tyle co na „The Next Day” (tylko 3 lata), ale wciąż rozpatrywanie tego w kategoriach mega comebacku jest jak najbardziej uzasadnione. Entuzjazm tym większy, że jako pracownik firmy wydającej albumy Bowiego miałem ten zaszczyt gdzieś tam w bardziej bezpośredni sposób uczestniczyć w tej premierze – to jedna z tych chwil, kiedy w zalewie promowania Pitbulli i tym podobnych oryginałów cieszysz się, że pracujesz tam gdzie pracujesz. 2 dni i nastrój kolejnego dnia roboczego zgoła inny, przesiąknięty szokiem, bo dopiero po śmierci wyszła na jaw przyczyna, 18-miesięczna walka z rakiem. Ale… wieloletni producent albumów DB (także „Blackstar”), Tony Visconti, zaintrygował jedną z pośmiertnych wypowiedzi, że Bowie „wplótł” swoją śmierć w „Blackstar”. I to uderza ze zdwojoną siłą teraz, kiedy po 10 stycznia ogląda się klip do „Lazarus”. Ale przecież i sam album ma taki wydźwięk. Przyznam szczerze, że mnie pierwszy odsłuch albumu zasmucił – nie swoją jakością (spokojnie minimum 8,5/10), ale tym, że brzmi jak godne ukonorowanie kariery, cudowne grande finale. Każdemu życzyć takiego ostatniego albumu… ale zaraz, jak to ostatni? Nie godzi się. A jednak, decyzja nieodwołalna.

Ostatnie dni to jakieś straszne żniwa – David Bowie, Lemmy, też Alan Rickman, a jeszcze wcześniej Scott Weiland. Przyspieszona zmiana warty? Ale na kogo? W kategorii muzycznej trudno o bardziej różniące się postacie od Bowiego i Lemmyego, ale jeden mianownik, który przepadł wraz z ich śmiercią, budzi w tym kontekście przerażenie – byli w tym co robili najprawdziwsi. I nieważne, czy zmieniając raz po raz skórę jak kameleon (chociaż osobiście mierzi mnie ten „kameleon” w kontekście Bowiego, lekki #paździerz) czy będąc w tej samej, zakrapianej łychą, przez kilka dekad. Mógł Bowie gadać sobie w wywiadach, że tajemnica jego sukcesu tkwi w tym, że najpierw był biznesmenem a potem artystą – nie wierzę mu dopóki nie słychać tego w ani jednej sekundzie jego muzycznego katalogu. Jestem w stanie natomiast uwierzyć w to, że takie podejście ma 95% współczesnych gwiazd muzyki, nawet jeśli nie są tego świadomi – i niestety nie chodzi tylko o pop. I jako osobę, w której życiu Muzyka stanowi więcej niż integralną część, doszczętnie mnie to załamuje.

Leave a Reply