Spectre
reżyseria: Sam Mendes
W związku z faktem, iż muzyka wylewa mi się z powrotem uszami, film (oraz w mniejszym stopniu seriale) stały się ostatnim bastionem sztuki, która dostarcza mi szczerej przyjemności i którą jestem w stanie oceniać choć trochę obiektywnie. Do miana kinomana trochę jeszcze brakuje, ale kto wie, jakość obrazu na kompie coraz lepsza, a i koszt biletów do kina jakoś już tak nie bije po kieszeni.
Mimo powyższego opcja obejrzenia w kinie wyszła totalnie spontanicznie i gdyby nie sympatyczne okoliczności pewnie dalej bym nie wiedział czym się jara cały świat, tak jak nie wiedziałem przy większości filmów serii o agencie 007. Nie abym miał coś do kolesia – po prostu nie moja bajka, choć wciąż mam na to-do-liście zapoznanie się z całą serią, aby dać jej ostatnią szansę. Skalę porównawczą mam więc dośc biedną – dość powiedzieć, że ostatniego Bonda widziałem, jak odgrywał go Pierce Brosnan.
I tu możemy przejść już do samego sedna, a zarazem do największej zalety dwudziestego czwartego filmu o JB. Zdaję sobie sprawę, że są die-hard fani, dla których Bond skończył się na Jedynym Słusznym odtwórcy tej roli, czyli Connerym (choć Moore też zyskał u niektórych szacunek) i niespecjalnie kupili wersję Daniela Craiga. Dla mnie wręcz przeciwnie – z całym szacunkiem do Brosnana, ale to dopiero Craig pozwolił wejść serii w nowy, XXI wiek. Jego Bond jest najbardziej inny (filmu z Lazenbym nie widziałem, więc nie uwzględniam), jest wielowymiarowy, nie tak absurdalnie perfekcyjny, a przy tym to wciąż zdecydowanie Bond a nie Bourne czy Hunt. Wielka szkoda, jeśli ten aktor pożegna się z serią za sprawą „Spectre”. A trudno wyzbyć się wrażenia, że tak się stanie.
Wychodząc z kina trzymała mi się podjarka którą zainicjowała pierwsza scena filmu rozgrywająca się w Meksyku – z wcześniej wspomnianych przyczyn nie wiem czy to najlepsze intro w historii serii, ale na pewno w oderwaniu od przeszłości – rzecz genialna. Jeśli kiedyś notki na Wikipedii przejdą całkowicie w format video, to pod hasłem „kino akcji” powinna być właśnie ta scena. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że paradoksalnie – bo przecież ta scena to czysty action & fun – jest to najbardziej „inspired” scena w całym filmie.
Choć niby dużo się dzieje. Jest Rzym,Austria, oczywiście Londyn, nawet do Maroka na chwilę wpadamy wraz z głownym bohaterem. Są pościgi Aston Martinem, sex z Moniką Belluci (niepokazany wprawdzie, ale HELOU, to James Bond) i Martini wiad0mo-jak-podawane. Są wszystkie te postacie (jak M, Q czy Miss Honeypenny – choć w Craigowym wydaniu Bonda wprowadzone dopiero na wysokości „Skyfall”) i elementy, które są dla serii nieodzowne. Nawet ja, nie będąc fanem, czekam aż w końcu padnie to sławetne „Bond. James Bond” i gdyby tak się nie stało to zażądałbym zwrotu kasy za bilet. Wszystko to zatem jest… i jakby nic ponadto. Zero zaskoczenia. Jasne, przy dwudziestym którymś filmie ciężko już o zaskoczenia, a i flegmetyczni Angole pewnie niespecjalnie oczekują niespodzianek od swojego bohatera narodowego. A jednak „Skyfall” sprzed kilku lat pokazał, że można wnieść świeży powiew – choć niekoniecznie musi to być uśmiercanie którejś z klasycznych postaci serii. „Spectre” – i z tego co wiem nie jestem w tej opinii odosobniony – nie wnosi do Bondowskiego kanonu zupełne nic.
A był potencjał. Bo po wielu latach batalii wróciły do Bonda (a właściwie do producentów) prawa do posługowania się nazwą „Spectre”, pod jaką kryję się największa organizacja przestępcza z jaką przyszło się mierzyć agentowi 007. Co jo godom – to największa organizacja przestępcza EVER, przynajmniej tak można wywnioskować z trailera. I co się okazuje? Że kieruje nią facet o charyźmie urzędnika bankowego. Co jeszcze smutniejsze, także o aparycji Christoph Waltza, laureata dwóch Oscarów za genialne role u Tarantino. Powiedzieć, że oczekiwałem więcej po takiej postaci to jak nic nie powiedzieć. Jasne, nemezisi Bonda mają trochę trudniej niż np wrogowie Batmana, bo nie mogą skryć się za fantazyjną charakteryzacją i pokopanym backgroundem historycznym. Ale jak przypominam sobie np Sean Beana w „GoldenEye”, gdzie na dodatek mieliśmy zaskoczenie, że to właśnie JEGO postać jest tą główną złą w filmie… W „Spectre” wiadomo właściwie wszystko od razu, choć postacie C czy laski granej przez Belluci (kolejny minus – widać ją w filmie niecałe 5 minut) dawały nadzieje że może będzie jakiś przewrotny twist w scenariuszu. No niestety.
Pozostaje pytanie – quo vadis, Bondzie? To że powstaną kolejne filmy w serii jest bardziej pewne niż „techno w Trendzie” – Brytyjczycy nie pozwolą mu zginąć jako ich skarbowi narodowemu, a i dla większości kinomanów oglądanie filmów o 007 jest taką tradycją jak herbatka 5 o’clock na Wyspach. Trochę taki Arsene Wenger w świecie filmu – cokolwiek by się nie działo, typ jest nie do ruszenia. Wierzę jednak, że producenci serii mają na tyle ambicji, by jakoś cyk odświeżyć – być może nowym aktorem, być może reżyserem o bardziej autorskiej wizji (ponoć pierwotnie do kręcenia „Spectre” przymierzano Danny’ego Boyle – to byłoby coś!), a może wystarczy naprawdę dobry scenariusz. Oby tylko nie szargnęli się na świętości – w tym pokręconym świecie potrzebne są jeszcze ostoje takiej konserwatywnej normalności jak Bond. Jeśli 007 od bond girls zacznie preferować bond boys to będzie wyraźny sygnał, że koniec świata bliski.
najlepszy moment: „kto cię nasłał, myszo?” – w ogóle spory pierwiastek komediowy filmu, o którym nie wspomniałem powyżej
ocena: 6,5/10
