In Memoriam: Chris Squire (4.03.1948-27.06.2015)
Przerywamy po raz któryś-tam nienadawanie na tym blogu (chyba kolejny rekord w przerwie między kolejnymi notkami) bo okoliczności są wyjątkowe. W natłoku zajęć życia pseudodorosłego i zajmowania się muzyką, którą w połowie przypadków niekoniecznie chciałbym słuchać dla przyjemności warto przypomnieć sobie, skąd ta zajawka na dźwięki się wzięła. Choć bodziec tym razem dość smutny.
O moim co najwyżej ambiwalentnym stosunku do rocka progresywnego pisałem niejednokrotnie, choćby w ramach recenzji „Close To The Edge” (o TU), nie ma co się powtarzać, tym bardziej że niewiele się zmieniło od tego czasu. Może tylko sam album zyskał jeszcze większe uznanie w moich oczach, stanowiąc zdecydowanie wyróżniającą się pozycję w dyskografii Yes. I choć przy takich tekstach wspomnieniowych łatwo o naginanie zasług (tak, mnie też to dotyczy), tutaj nie ma takiej potrzeby – ten album to esencja Yes, a Yes to Chris Squire.
Bo bycie współzałożycielem to jedno. Bycie jedynym stałym członkiem grupy, obecnym na wszystkich jej 21 albumach i będącym w kwestii komponowania jej siłą napędową – to drugie. Ale prawdziwa istota Squire’a jako fragmentu Yesowej układanki tkwi w wybitności jego partii instrumentalnych w piosenkach Yes. Przynajmniej w fazie pre-„Owner Of A Lonely Heart” (który skądinąd uwielbiam), której symbolem jest właśnie „Close To…”. W wielowątkowych kompozycjach z tego okresu każdy z członków zespołu miał pole do popisu, ale – choć to oczywiście może być kwestia gustu – to Squire najlepiej te szansy wykorzystywał. Choć jednocześnie nie jest to pchanie się przed szereg, dlatego wymieniając najlepszych basistów rocka progresywnego częściej na myśl przychodzą nazwiska Watersa i Geddy’ego Lee z Rush. Być może zawinił też PR budowany pobocznymi projektami – basista Yes miał też i takie próby, ale dwutorowej kariery nie udało się zrobić. Inna sprawa, czy zmarły miał takie ambicje – trochę to zbliżony casus do Jimmyego Page’a. Nikt nie wątpi w jego geniusz, dlatego nikt nie przywiązuje uwagi do faktu, że poza Led Zeppelin zupełnie mu nie wyszła kariera – LZ to jego dziecko, na tyle absorbujące, że zabrakło sił i pomysłu by chować jeszcze innych potomków. I tak samo myślę wyglądał stosunek Squire’a do Yes. Które w obliczu faktu, że pierwszego najważniejszego członka i współzałożyciela zespołu – Jona Andersona – pozbyło się w mało ładny sposób, straciło już jakąkolwiek rację bytu.