rageman.pl
Film

Polskie Gówno

rok: 2014

reżyseria: Grzegorz Jankowski

 

Zapewne świadczy to o mojej słabości jako recenzenta, ale wyjątkowo nie lubię i staram się unikać pisania o muzyce i filmach tworzonych w Polsce. Chociaż ten blog nigdy nawet nie aspirował do miana opiniotwórczego, to jako kibic wszelkich lokalnych inicjatyw artystycznych nie chciałbym w jakikolwiek sposób zaszkodzić krytyką, zwłaszcza że nie śmiem stawiać się w pozycji eksperta, który jest w stanie – o ile istnieje coś takiego jak obiektywna wartość dzieła sztuki – oddzielić ziarno od plew. Dochodzi jeszcze gdzieniegdzie aspekt relacji prywatnych z twórcą dzieła (czyli przeważnie z członkami kapeli, której album recenzuję), mocno krępujących swobodę wypowiedzi. Wierzę wprawdzie w konstruktywną krytykę, która może zadziałać wyłącznie mobilizująco, ale w rzeczywistości takie gorzkie opinie kończą się często ciężkim do ukrycia żalem i ignorem na fejsie. Dlatego jeśli dałeś mi kiedyś swoje demo do opisania i dalej nie ma tu jego recenzji, to albo zapomniałem albo… no, mam nadzieję że wychwyciłeś przekaz.

„Polskie Gówno” to w tym kontekście rzecz wyjątkowa. Bo rzecz nie tylko w nakręceniu tego filmu w Polsce, nie tylko przez to, że inicjator projekt to jedna z najbardziej szanowanych przeze mnie postaci na muzycznej scenie, na dodatek będąca ziomkiem z Pomorskiego. Tu rozchodzi się o to, że dzieło to jest już w pewien sposób dobrem wspólnym – wszystkich tych, którzy w jakiś sposób animują polską kulturę muzyczną, czy to jako muzycy/organizatorzy koncertów/fotografowie/recenzenci/niepotrzebne skreślić. Każde złe słowo tutaj jawi się trochę jak nomen omen sranie do własnego gniazda. I choć na szczęście „Polskie Gówno” nie powinno się wpisać w poczet Złych Polskich Filmów, to nie jestem w stanie wykrzesać w sobie zachwytu, nawet jeśli z każdą godziną refleksji nad tematem dzieło tylko zyskuje.

Muszę zacząć od pewnej fanbojowskiej refleksji. Uwielbiam postać Tymańskiego, jego elokwencję, błyskotliwość i inteligencję, zajawianą czy to w wywiadach czy w tekstach piosenek, a przede wszystkim w kapitalnym wywiadzie-rzece „ADHD” (recenzja będzie jak w końcu uda mi się dokończyć czytanie tej książki). „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” wciąż stanowi dla mnie jeden z najważniejszych albumów w historii polskiej muzyki oraz kopalnię bon motów („jaja to zdwojone ja”), z otwartymi ramionami witam każdy jego kolejny projekt (choć przyznam, że z bardziej otwartymi ramionami te bliższe rocka rzeczy). Kibicuję jego działalności dziennikarskiej – najpierw w „Łossskocie”, ostatnio w „Porannym kakale”. Nie bez znaczenia też jest fakt gdańskiego rodowodu, choć na dobrą sprawę bezpośredni kontakt był zdawkowy i słabo zapadający w pamięć. Zmierzam do tego, że znając background Tymona, a co za tym idzie – kulisy wieloletniego powstawania filmu, pełnych wyrzeczeń i ciułania budżetu spełniającego choćby minimalne wymagania, ciężko jest zawiesić poprzeczkę na dokładnie tej samej wysokości co dla innych filmów, polskich czy zagranicznych. Pytanie jednak też, czy takie przymykanie oczu na stos niedociągnięć warsztatowych nie jest niedźwiedzią przysługą – bo przecież jeśli recenzenci się szczerze nie rozprawią z filmem, to w znacznie brutalniejszy sposób zrobią to sami widzowie.

Oczywiście można spojrzeć na całość z optymistycznej strony – całość jest pozbawiona filmowej lekkości, pełna chaosu i chrobowatości, bo tematyka filmu tego wymaga. Mówimy tu o offie, alternatywie, a kto chce lekkości za jakiś czas pójdzie do kina na „Disco Polo”. Trochę jednak żal, że ten punkowy montaż, narracja czyni całość hermetyczną, zamkniętą głównie na „wtajemniczonych”, zamyka drzwi dla przeciętnego widza-bywalca kinowego. Mi w każdym bądź razie ciężko sobie wyobrazić kogoś, kto byłby zachwycony filmem i jednocześnie nie ma absolutnie nic wspólnego z muzyczną sceną niezależną w Polsce. Może takie było zamierzenie, może Tymon nie chciał przez „PG” awansować na mass bohatera, nowego idola gimbazy czy też mariuszostwa (przyznam, że przed premierą filmu i taki rozważałem scenariusz przyszłych wydarzeń). Wydaje mi się jednak, że był potencjał na to, by nie był to film tylko „dla swoich”.

Wbrew temu co mówi się w krytycznych opiniach o filmie aktorstwo jest najmniejszym problemem filmu, a wręcz przeciwnie – dla mnie to akurat strzał w dziesiątkę. I choć nie lubię rozpracowywania każdej z ról z osobna, to tu trzeba jednak trochę głębiej się pochylić, zwłaszcza że ekipę zebrał tu Tymon naprawdę wyborną. Jeśli chodzi o głównego bohatera, Jerzego Bydgoszcza (czy skojarzenie z Jerzym Grunwaldem to tylko moja paranoja, czy jest coś na rzeczy?), to tu ciężko mówić o grze aktorskiej – Tymon jest tu po prostu sobą. Drugą główną rolę należy przypisać Robertowi Brylewskiemu (jako Stan Gudejko) – tutaj właściwie mamy do czynienia niemal z lustrzanym odbiciem tego, jak aktualne czasy w Polsce potraktowały niegdysiejsze legendy muzyczne. Choć może za mało tu potencjału na ponowne odkrycie dla świata Brylewskiego (ile ja bym dał, by coś takiego wreszcie miało miejsce), a musicalowe sceny z byłym liderem Brygady Kryzys i Izraela mocno balansują na granicy wybitnej nieśmieszności, to trudno sobie wyobrazić ten film bez niego. Mniejszą, za to lśniącą jeszcze mocniej, aktorską perełką jest występ Filipa Gałązki jako przesiąkniętego alkoholem perkusisty zespołu – być może nie do końca świadomie, ale stworzył on jedną z bardziej przejmujących kreacji alkoholika w polskim kinie (choć pierwszy na to zwrócił uwagę w swojej recenzji Przemek Gulda, co odnotował Tymon na spotkaniu z twórcami filmu podczas ubiegłorocznych targów Co Jest Grane). Bardzo skrajnie różne opinie zbiera nie tyle rola Czesława Skandala, co obsadzenie w niej Grzegorza Halamę. Nie ma co ukrywać, jest to osobowość w polskim showbizie typu „kochaj albo nienawidź”. Jeśli jednak ktoś z racji kabaretowych koneksji stawia Halamę w jednym rzędzie z żenadnymi tworami typu Ani Mru Mru czy Neonówka to znaczy, że zupełnie nie zrozumiał tego, co Halama robi. No i jeszcze zostaje cała masa epizodów w wykonaniu prawdziwego „who is who” na polskiej alt-scenie (i nie tylko). Olaf Deriglasoff, Krzysiek Skiba, Leszek Możder, Czesław Mozil, Mikołaj Lizut, Kędzior, Piotr Stelmach… I dla równowagi gram profesjonalnych aktorów – Jan Peszek, Marian Dziędziej, Bartłomiej Topa, Arek Jakubik, Sonia Bohosiewicz (co ciekawe, większość z nich miała okazję współpracować z Tymonem przy okazji „Wesela”, zresztą sam reżyser tego filmu, Wojtek Smarzowski, mocno wsparł Tymona przy pisaniu scenariusza)… Wyciągnięcie nazwisk tych dwóch ostatnich na plakat filmu jest jednak mocno mylące – łącznie widać ich na ekranie max 10 minut.

Gdyby potraktować film jako paradokument, coś na zasadzie polskiego „This Is Spinal Tap”, to wtedy „Polskie Gówno” ekhm błyszczy najbardziej. Bo przecież każdy kto choć był na koncercie w klubie studenckim choćby jako widz będzie wiedział o co chodzi. Granie dla 7 najebanych, pogujących studentów, zapłata za koncert w kiszonych ogórkach, kiszenie się jak te ogórki właśnie w zespołowym busie, pijaństwo na bekstejdżu… Można wymieniać w nieskończoność, „PG” trafia w tym temacie w sam punkt. To mogło być jedno wielkie zadoścuczynienie – nie tylko w Tymonowej mikroskali – rewanż na mainstreamie tych wszystkich, którzy choć przez chwilę w tym „gównie” się babrali. Do tego potrzebna byłaby jednak bardziej uniwersalna forma, która pociągnęłaby masy do kin. Chciałbym się mylić i przeczytać za niedługo o rekordach kasowych filmu. Ale patrząc na wczorajszą frekwencję podczas seansu boję się, że magia outdoorowej kampanii i przychylne recenzje mogą nie wystarczyć.

 

najlepszy moment: nie wiem czy to najlepszy moment, ale scena z Peszkiem jest tak przegięta i obleśna, że ma szansę zapisać się w historii polskiego kina na dłużej

ocena: 7,5/10