rageman.pl
Film

Miasto 44

rok: 2014

reżyseria: Jan Komasa

 

Witaj blogu, mój stary przyjacielu. Nie ma co ukrywać, nasze relacje mocno się poluźniły. Coś, co kiedyś było przyjaźnią na śmierć i życie dziś żyje głównie wspomnieniem i sentymentem. Odwiedzam Cię raz na miesiąc, nie interesuje mnie nawet co u Ciebie, czy ktoś inny do Ciebie zaglądał. Przykre to, jakiś czas temu naprawdę mocno to oddalenie się od siebie przeżywałem, dziś jestem już pogodzony z faktem, że tak musiało się stać. Że ta tak intensywna kiedyś relacja musi ustąpić codziennemu, dorosłemu życiu. Doba wciąż ma tylko 24 godziny.

Cenie sobie jednak niezwykle Twą wyrozumiałość. Że mimo refleksji typu powyższych zawsze jesteś w stanie mnie cierpliwie wysłuchać. Tak jak teraz. Bo muszę Ci wyznać, choć nie przychodzi mi to łatwo przez gardło, że film „Miasto 44” trochę – a może nawet bardziej niż trochę – poruszył mnie. Zdaję sobie sprawę jak bardzo zrównuje mnie to z szarą masą i w jakiej opozycji stawia do hipsteriady, ale najwyraźniej mam plebsowy gust.

Nie chcąć palić mostów prowadzących na Plac Zbawiciela powiem, że nie jest to tak porywające dzieło jak niedawno recenzowani tutaj „Bogowie”, ale też z drugiej strony trzeba odnotować, że to filmy grające w diametralnie różnych kategoriach. Tam mieliśmy do czynienia z wysmakowanym, kameralnym filmem wygrywającym charyzmą bohaterów historii. Tu niby też mamy rzecz niby też opartą na faktach, a jednak kluczowa różnica polega na tym, że centralne miejsce filmu zajmuje nie człowiek, a to co go otacza – wojna i skrajne okrucieństwo tejże.

Przyznam, że są w „Mieście 44” momenty, które tak grają na emocjach i dobrym smaku, że człowiekowi aż robi się nieswojo w trakcie oglądania, odwraca wzrok od ekranu. Ostatni raz na podobną skalę czułem się przy „Pasji”. A jednak o wiele bardziej wierzę w intencje Komasy niż Mela Gibsona, choć przecież dorobek filmowy zdecydowanie przemawia na korzyć tego drugiego. Jestem przekonany, że Komasa włożył w ten projekt całe serce, wycisnął max swoich możliwości. A to, że te możliwości nie predysponują go (jeszcze) do stawiania go w gronie Artystów sztuki filmowej pokroju Polańskiego (w trakcie seansu „Miasta” przypomniał mi się „Pianista” – Boże, jak tam wszystko grało!) to inna sprawa. Komasa w materiałach promocyjnych filmu przyznaje bez ogródek że jest artystą komercyjnym i zależy mu na jak największej oglądalności, a za swój ideologiczny wzór stawia Spielberga. I spoko, przecież „Lista Schindlera” także wybitnym filmem jest. Nie jest powiedziane, że Komasa nie nakręci kiedyś własnej „Listy”, jeśli będzie szedł w kierunku wysokobudżetowego kina opartego na faktach. „Miasto 44” to jeszcze nie ten film.

Sukces, ale i porażka „Miasta” mają dokładnie to samo źródło – a jest nim „popkulturowość” Komasy. Być może wychował się na Spielbergu i Scorsese, ale jestem przekonany, że namiętnie też spędzał czas przed telewizorem wchłaniając teledyski muzyczne, przegryzając to grami komputerowymi  – tymi bliższymi „Dooma” niż „Pasjansa”. Przełożyło się to na intensywność filmu, dającej się pokrótce opisać jako tzw. „jazda bez trzymanki”. Dodajmy jeszcze brak oporów Komasy co do klimatów gore (stąd wcześniejsze porównanie do „Pasji”) i otrzymujemy w efekcie film, na którego reaguje się w dobrym wypadku oszołomieniem, w złym obrzydzeniem. Są sceny w tym kontekście wstrzącające w pozytywnym tego słowa znaczeniu (czołg-mina), ale momenty, kiedy czuje się, że jest tego za dużo. Zapewne taka intensywność dobrze oddaje to, co przeżywali uczetsnicy Powstania Warszawskiego, nie do końca jednak dobrze służy materii filmowej, która według prawideł nią rządzących powinna być choć trochę zbalansowana momentami wytchnienia, refleksji. Nie chodzi o to, by pokazać jak powstańcy śpią – ale można np. trochę bardziej wgłębić się w same postaci, relacji między nimi. Tego trochę zabrakło. Jesteśmy poruszeni każdą kolejną śmiercią nie dlatego, że zdążyliśmy żżyć się z bohaterami ale przez okrucieństwo okoliczności ich śmierci. I znów – może odzwierciedla to ogrom katastrofy Powstania, zlewającej jej ofiary w jedną bezimienną masę. Ale widz kinowy potrzebuje punktu zaczepienia w postaci choćby jednego bohatera, którego losy przytrzymają jego wzrok na ekranie, a też dzięki której bardziej odczuwa to, co się wokół tego bohatera dzieje. Dzięki temu „Szeregowiec Ryan” porusza tak samo pod każdą szerokością geograficzną. Czy tak samo jest z „Miastem 44”? Pewności nie mam.

Na pewno Komasa próbował zrobić film uniwersalny pod względem wiekowym. Stąd też różnorodność ścieżki dźwiękowej i popkulturowe nawiązania. I to ten aspekt stanowi największą kość niezgody jeśli chodzi o odbiór filmu. Sama idea, by w sceny batalistyczne wpleść zarówno Niemena, jak i dubstep zła nie jest. Trzeba jednak dysponować ogromnym wyczuciem i być pewnym, że efekt finalny nie będzie żenował. Tymczasem te postmodernistyczne wstawki, bullet time’y i i perspektywy rodem ze strzelanki FPP sprawiają wrażenie eksperymentów – czasem coś wyjdzie, czasem nie. I spoko, kto nie ryzykuje ten nie żyje. Ale czy film o tak istotnym dla 40 milionów obywateli Polski wydarzeniu, z jednym z największym w historii kinematografii tegoż kraju budżecie jest dobrym miejscem na eksperymenty? Ma się wrażenie, że dla Komasy i jego doboru środków wyrazu nie ma aż takiego znaczenia, czy robi film o emonastolatku („Sala Samobójców”) czy powstańcu. A powinno mieć.

Ale, czy ja na początku nie wspomniałem, że film mnie poruszył? Tak, poruszył mnie. Być może to moja wrażliwość na tematykę powstańczą, być może to ten dubstep. Faktem jednak jest to, że po wyjściu z kina byłem skołatany, przetrawiający to co zobaczyłem, na swój sposób zadumany. Ale też niedługo potem rozżalony. Że była szansa na wybitny rodzimy film o najważniejszym wydarzeniu ostatnich polskich stu lat, na wizytówkę naszego kina, ale też i naszej historii. A powstało zaledwie film bardzo dobry – o tyle, o ile przymknie się oko na jego wady. A przecież kolejnej szansy już nie będzie.

 

najlepszy moment: „deszcz krwi”

ocena: 8/10

Leave a Reply