rageman.pl
Muzyka

Led Zeppelin – Led Zeppelin II

rok wydania: 1969 (reedycja: 1994)

wydawca: Atlantic

 

Skoro wczoraj padła nazwa Led Zeppelin, jest okazja by znów wgłębić się w temat. Tym bardziej, ze dawno tego nie robiliśmy.

Pamiętam, że swego czasu pisałem o tym, że Led Zep z każdą kolejną płytą stawał się coraz ciekawszym zespołem. Czyli, że „Houses Of The Holy” i późniejsze płyty są lepsze niż pierwsze cztery. Cóż, nie chcę teraz bić się w pierś, wstydzić się tych słów itd. – bo ja dalej uwielbiam te dokonania, mój Top10 kawałków Led Zep zapewne w większości składałby się z numerów z późniejszego okresu funkcjonowania tej kapeli. No ale właśnie – może rzecz w tym, że bajer polega nie na konkretnych kawałkach, a albumach jako takich?

Bo tak słucham sobie dziś „Dwójki” i jedna myśl mi się nasuwa. Petarda. Absolutna Petarda, od pierwszej do ostatniej sekundy. Nawet jeśli nie ma tu jakiegoś konkretnego kawałka, za który oddałbym życie. Natomiast nie wahałbym się oddać duszy za płytę jako całość.

Chociaż… no dobra. „Whole Lotta Love”. Ale to jest tak oczywisty wybór, że czuję się jak jeden z tych zwyczajnych osobników, który w testach psychologicznych krążących po internecie odpowiada „czerwony młotek”. Zakładam, że temat jest wam znany. W każdym bądź razie – nie da się od tego uciec, kawałek jest arcygenialny i tyle. Można powiedzieć, że stanowi moją recenzencką porażkę. Bo tyle już czasu piszę o muzyce, a absolutnie nic odkrywczego nie przychodzi mi do głowy w temacie tej kompozycji. No bo co, że Bonham? Że riff? Że wstawka z zaświatów? Że perfekcyjny wykładnik Plantowego libido? Że produkcja? Że historyczny impakt? Przecież to wszystko już wiecie. A jak zapomnieliście, bo np. odwróciliście się od rocka, to przypomnijcie to sobie po raz kolejny, bo to encyklopedyczny przykład na to, dlaczego ten gatunek jest naprawdę fajny.

Właśnie, skoro o gatunkach mowa. Mówi się, że to właśnie ten album z dyskografii Led Zep dał początek heavy metalowi. Może i coś w tym jest – wszak gdyby tak zwolnić riff do „Heartbreakera” to wyszedłby nam niechybnie Iommi, a solówkę w środku numeru można rzeczywiście obwiniać za zainspirowanie całej maści gitarowych shredderów. Ale bardziej w temat nie wnikajmy, nie chcę się babrać w metalowym genotypie. Do mnie osobiście bardziej przemawia jedna z wypowiedzi Johna Paula Jonesa o tym, że ich główną inspiracją (poza bluesem rzecz jasna) był Motown i soulowa muzyka w ogóle i że jednym z ich celów jako zespołu było przełożenie tych dźwięków na rockowe środki ekspresji. Czyli mówiąc konkretniej – chodziło o to, by dało się do ich muzyki tańczyć. Panie prezesie, zadanie wykonane! To właśnie ten unikalny groove chyba najbardziej pociąga mnie w tym zespole. A jak każdy fan Muzyki wie, to właśnie groove, obok Melodii, jest najważniejszy (co nie znaczy, że bez niego nie ma u mnie szans – pozdrawiam Dillinger Escape Plan i Dylana). To chyba nie przypadek, że kawałki Zeppelinów dość często goszczą na prywatkach typu „Flower Power”, a już np. Black Sabbath czy Deep Purple (czyli pozostali z tzw hardrockowej trójcy) niekoniecznie.

A tu takich tanecznych killerów, przebijających nawet produkcje The Neptunes czy Davida Guetty, jest od groma. O „Hearbreakerze” wspomnieliśmy. Dodajmy jeszcze najkrótszy tutaj i najprostszy konstrukcyjnie „Living Loving Maid (She’s Just A Woman)” i „Ramble On”, nawet jeśli zwrotki tego drugiego może aż tak wixiarskie rzeczywiście nie są. Pogibać się można spróbować przy „Lemon Song”, choć przy takich wygibasach basowych można sobie nogi połamać.

Killerstwo tych tracków objawia się nie tylko w tańcu. „Moby Dick” – najlepsza solówka perkusyjna w historii? Zaryzykowałbym taką tezę gdyby nie to, że jej autor na każdym koncercie zespołu z tym utworem w setliście za każdym razem przebijał to, co zarejestrował w studiu. A jest tu i drugie oblicze zespołu, zajawione na debiucie. Czyli tzw. Klymat. „What Is And What Should Never Be”, w swym melancholijnym nastroju jakby zapowiadający „The Rain Song”. Jak również „Thank You”, którego tytuł mówi wszystko tak o tematyce tekstu, jak i wydźwięku całości.

A zamykający całość „Bring It On Home”? Tak, też jest zajebisty. Jak i cala płyta. Łatwo jest używać takich epitetów wobec tak klasycznych albumów. Wszak nikogo one nie zdziwią, a ich nieużycie mogłoby nawet skazać recenzenta na ostracyzm. Doprowadza to jednak do sytuacji typu „Led Zeppelin wielkim zespołem był”, a nikt już właściwie nie pamięta dlaczego. Tak mamy przeżarte mózgi Muzyką, której przecież – co nie dziwne – do metryczki nie zawsze zaglądamy, że zanika nam aspekt historycznego znaczenia dzieł sprzed lat. Całe szczęście Muzyka potrafi bronić się bez kontekstów – a tak na pewno jest z Led Zeppelinem. Mimo to, proszę Was dzieci, wbijcie sobie to do głowy:

LED ZEPPELIN JEST ZAJEBISTY DLATEGO, ŻE NIKT TAK WCZEŚNIEJ NIE GRAŁ.

 

najlepszy moment: WHOLE LOTTA LOVE

ocena: 9,5/10

Leave a Reply