rageman.pl
Muzyka

The Clash – London Calling

rok wydania: 1979 (reedycja: 1999)

wydawca: Columbia

 

A skoro mowa o albumach z ikonicznymi okładkami…

Niby nazwa The Clash pojawiła się się na tym blogu już jakiś czas temu. Ale to był tribute album, nie liczy się, to nawet nie było liźniecie tematu. Czas nadrobić to karygodne niedopatrzenie. Brakowało Wam tu już albumu na 10/10? Oto on.

I co z tego, ze trzeci album Brytyjczyków nie jest idealny? Idealnych albumów nie ma. Ba, mówi się, ze kocha się nie za zalety, a pomimo wad właśnie (czy jakoś tak, nie wiem, nie znam się na miłości). Na 19 utworów nie mogłoby być tak, ze absolutnie każdy by wymiatał, bo wzbudziłoby to podejrzenia, ze to rzecz popełniona przez Obcych bądź Komputery a nie Ludzi. Ale zaraz, te dwa teoretycznie najsłabsze utwory, czyli „Wrong 'Em Boyo” i „Revolution Rock” to covery tylko!

A cala reszta…. MASAKRA. Hit za hitem. Czy naprawdę trzeba tłumaczyć Geniusz Strummera i spółki? Znaczenie tego zespołu, a w szczególności tego albumu, dla punkowego gatunku? Zaraz, ale, o jakim my punku tu mówimy? Bo jeśli tym, który ma coś wspólnego z jabolami, irokezami farbowanymi flamastrami i tzw. jebaniem systemu, to proszę mi z tymi bzdurami The Clash nie mieszać. Oni są ponad tym szambem, to dwa absolutnie przeciwstawne zbiory wartości. Ten Bunt tutaj ma sens, ma solidne zaplecze w postaci inteligencji tekściarza, profesjonalizmu instrumentalistów (profesjonalizmu? Raczej totalnego Bossostwa, mówimy o NAJLEPSZEJ pod względem sekcji rytmicznej płycie w rocku, Simonon i Topper „Rock The Casbah” Headon, BOSZ…), A przede wszystkim – unikalnego zmysłu melodycznego, do którego nie ma startu absolutnie ŻADNA kapela tzw. punkowa, łącznie z Sex Pistolsami czy współczesnym kalifornijskim punkiem. Nie mówiąc już o nadwiślańskich załogach, HEHE.

„London Calling”. Znacie lepsze otwarcie płyty? Nawet jeśli tak, to chyba niewiele tego będzie? Numer w klimacie autentycznie przerażający, niemal nowofalowo chłodny, apokaliptyczny. Bożesz ty mój, jak tu genialnie tnie ta gitara zespolona z perkusja. „Brand New Cadillac”, rockabilly, ohoho, już się robi zaskakująco pod względem stylistycznym! I tak będzie już do końca, bo oto nadciągają kumulusy, tj. „Jimmy Jazz”. Tytuł nie tak od czapy, choć bliżej jednak do swingowych historii niż Milesa. „Hateful”, lata 50-te, czyli jeśli-myślałeś-że-już-Cię-na-tej-płycie-nic-nie-zaskoczy-to-znów-się-myliłeś. „Rudie Can’t Fail”, czyli ostra zrzyna z reggae-ska 3miejskiej kapeli Majestic…. Dobra, czerstwy joke. Ale każdy utwór nasuwa takie skojarzenia. To jedna z tych płyt, które pozwalają Ci zrozumieć, skąd wzięła się większość Muzyki, której słuchasz na co dzień. nie bądźmy ignorantami, patrzmy i słuchajmy tego, co dzieje się obecnie, ale BOŻESZTYMOJ, jakże orzeźwiające jest czasem napić się się ze Źródła!

Nie chce pisać tej notki wiecznie, ale no naprawdę – tu każdy utwór się liczy, każdy można wymienić jak potencjalny hit, ciosy są rozdawane jeden za drugim. Nawet jeśli się znajdzie moment na podniesienie się z parkietu (powiedzmy ze poza wspomnianymi coverami AZ TAK wymiatającymi nie są „The Right Profile”, „Koka Kola”, choć to oczywiście czysto subiektywna ocena), to zaraz potem zostajemy powaleni z podwójna siłą. Jeśli kierować się schematem Chwytliwość=Pop, to „London Calling” to jedna z najlepszych płyt świata nie tylko w kategorii Punk (tu to na 1000%) czy Rock, ale i tez właśnie Pop. A może dobrze, ze nie każdy utwór jest perfekcyjny? Gdyby zawęzić tracklistę do choćby 15 utworów, to moje miłujące Muzykę serce zeszłoby na zawal.

Wybrać najlepszy utwór? No kuuuuuuuuuuuuuuuuuuuur…. Nie idzie. Dlatego wspomóżmy się maszyna losującą. Piłeczki już w gotowości. Maszyna start! Trrrrrrrrrrrrrr…. Zwycięski numer to…?

 

najlepszy moment: TRAIN IN VAIN

ocena: 10/10??