rageman.pl
Muzyka

Klaxons – Landmarks Of Lunacy

rok wydania: 2010

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

i znow Anglia.

jakims niebywalem cudem moj maly swiat ma niebywala odpornosc na muzyczna bron masowego razenia. i to nie jest nawet tak, ze pozostalem niewzruszony wobec artystycznych dokonan Justina Biebera czy Jonas Brothers – ja nie slyszalem ani jednej ich piosenki. fo’ real, taki jestem alternatywny. co jest o tyle dziwne, ze akurat zjawisko guilty pleasure nie jest mi obce, a wrecz czesto padam jego ofiara. z drugiej strony – mozliwe ze to wyznanie dyskredytuje mnie jako ekhm znawce muzyki, wszak wypada znac swojego wroga. tym bardziej, ze np lady gage tez dopiero niedawno uslyszalem. inna sprawa, ze na kolana nie padlem. wole katy perry, hueh.

nie lykam szlamu ze stanow, wybiorczo traktuje hajpy z uk. oczywiscie, do franz ferdinanda dalej tancze, bloc party mnie zauroczyl, a i pojedynczymi singlami nigdy nie pogardze. zwlaszcza jesli mowa o pierwszej polowie ubieglej dekady. natomiast na klaxons zupelnie nie zwrocilem uwagi, co najwyzej dopiero w kontekscie drugiej, niedawno wydanej plyty, kiedy to dostrzeglem nazwisko ross robinsona jako producenta (typ od Limp Bizkit i Sepultury robi pseudoindie kapele? WTF?).

no ale nadszedl wreszcie czas, by wyrobic sobie zdanie. by nie kupowac kota w worku, a i by nie ciagnac na chama z torrenta, postanowilem wykorzystac okazje opulikowania za darmo w necie najswiezszej EPki chlopakow. nastawialem sie, ze potancze sobie w pokoju, bo niby mialy to byc piosenki z pierwszego zarejestrowanego materialu przeznaczonego na druga plyte. nie wiem czemu zalozylem, ze pewnie chlopaki nagrali „Myths Of The Near Future 2”, spalili sie ze wstydu po pojsciu na taka latwizne i postanowili zaczac od zera, uderzajac w nieznane (hence the title „Surfing The Void”, heh).

no i sie mylilem. „The Pale Blue Dot” czaruje poza ladna gitarka i brytolskim akcentem wokalisty takze przyspieszajacym puls partia perkusji, ale… do tego nie da sie tanczyc. gdzie sa syntezatory? gdzie jest caly ten nu-rave? jesli to jest rave, niezaleznie z jakimkolwiek przedrostkiem, to ja jestem kurwa… no czymkolwiek, nie chce mi sie porownania wymyslac, wiecie ocb.

co wiecej, i tak okazuje sie, ze ten pierwszy numer brzmi tu najbardziej dynamicznie. im dalej w las, tym posepniej. tak wlasnie, posepnie. nie smutno, nie melancholijnie, nie depresyjnie. bo to epitety, ktore moga prowokowac porownania z joy division czy the cure, ktorzy potrafili podniesc na duchu natchnionym refrenem czy stymulujacym basem. na „LOL” (dobry skrot!) nie ma ani jednego optymistycznego dzwieku, wszystko jest tak smutne ze az, jak to sie mowi, herbata wznosi krzyk. a smutek poglebia fakt, ze na dodatek zupelnie nie wpada to w ucho, wlecze sie niemilosiernie az do finalu w postaci siedmiominutowego „Marble Fields”, jednego z najbardziej wydumanych kawalkow jakie ostatnio slyszalem. nie wiem o co chodzi, zamarzyl im sie wlasny „Closer”? dziewczyny ich rzucily, puszczajac sie wczesniej na lewo i prawo z wszystkimi ich znajomymi? „NME” odmowil im okladki?

by nie bylo ze mega diss – fakt, ta EPka (a szczegolnie pierwsze 2 kawalki, juz je naprawde lubie) zyskuje z kazdym odsluchem. ale robi to tak slamazarnie, ze do tej granicy 7/10 dobije chyba przy milionowym odsluchu.

 

najlepszy moment: THE PALE BLUE DOT

ocena: 7/10

Leave a Reply