Nine Inch Nails – With Teeth
wydawca: Nothing
oficjalnie jako formacja koncertowa Nine Inch Nails nie istnieje. zreszta kto byl w Poznaniu ten wie. ponoc jednak wciaz mozna sie spodziewac plyt studyjnych spod tego szyldu, nawet jesli jak na razie nic sie w tym temacie nie zapowiada. jednych ta sytuacja smuci (fanow, rzecz jasna), inni ujma sprawe zgola odwrotnie: czas najwyzszy. co oczywiscie jest zlosliwym stwierdzeniem, niemniej mam nieodparte przeczucie, ze gdyby fani NIN szczerze i obiektywnie probowali zadac sobie pytanie o to, czy nie ma w tej zlosliwosci ziarenka uzasadnienia, to doszliby do podobnego wniosku.
bo prawda jest taka, ze dzialalnosc Reznora w pierwszej dekadzie nowego wieku nie zapisze sie w annalach historii muzyki tak, jak poprzednia. mogloby cieszyc, ze facet popadl ostatnimi czasy w tworcze adhd, gdyby nie to, ze za iloscia nie poszla jakosc. a wrecz przeciwnie. oczywiscie zawezam sprawe do wydawnictw NIN – muzyka popelniona z Rossem dla Finchera czy z malzonka jako How To Destroy Angels to oddzielny temat (zreszta obie plytki propsowalismy tutaj). na pewno tez Reznorowi-artyscie nie pomoglo to, ze Reznor-czlowiek odnalazl szczescie i wewnetrzny pokoj. no, ale to nie pierwszy taki przypadek w historii Sztuki jako takiej.
z drugiej strony… na „With Teeth”, pierwsza plyte w ow nowym wieku, czekalismy 6 lat. czyli jeszcze wiecej niz na „The Downward Spiral” czy „Fragile”. wiadomo tez, ze po trasie promujacej te druga plyte Reznor popadl w jeszcze wieksze tarapaty natury emocjonalnej i uzaleznieniowej. czyli plyta rodzila sie dlugo i w bolach. czyli tak jak lubia fani NIN.
i co? i dupa. tym razem musialo byc z Reznorem naprawde zle, bo „With Teeth” to plyta lekko wyprana z pomyslow. i to nie tylko na kompozycje – przede wszystkim boli (ale w taki nieprzyjemny, niemasochistyczny sposob) jalowosc brzmieniowa plyty. no totalne zero, jakby plyte rejestrowal swiezo upieczony student inzynierii dzwieku zasluchany w Mansonie, a nie rzekomy wizjoner. sample? zapomnijcie. intrygujace dzwieki? o tyle, o ile pierwszy raz slyszysz plyte z kregu industrialu czy dyskografii Reznora i nie miales stycznosci nigdy z patentami Reznorowymi, ktore tutaj praktykuje do bolu. jedyne co moze sie podobac to prawdziwy, perkusyjny beat w wiekszosci kawalkow. tyle ze to akurat zasluga Dave Grohla, a nie Reznora.
plyta spotkala sie raczej ze zdystansowanym, zeby nie powiedziec chlodnym przyjeciem. w Polsce najwieksze becki chyba zebrala na Porcysie, co akurat nie powinno dziwic – wiadomo, ze tam sie ocenia muzyke na podstawie doswiadczen licealnych, a rzeczywiscie nastoletni fani NIN potrafia byc specyficzni (pozdro Sulim! hahaha). ale naprawde trudno nie zauwazyc, ze cos z ta plyta ewidentnie jest nie tak. moze nie tyle ze jest wybitnie zla, bez przesady. w sumie mozna z nia spedzic sympatyczna godzine… no tyle ze sympatyczna plytke to moze nagrac Filter czy inna Agressiva 69, a nie facet uchodzacy za ojca rocka industrialnego, tworca „Downward Spiral”. no i warto zaznaczyc, ze sympatycznie jest o tyle, o ile skupiamy sie na lepszych fragmentach plyty. ktorych jest zdecydowana mniejszosc, bo reszta to belktoliwa masakra bez krzty pomyslu, ktore nawet jako b-side’y nie sprawialyby dobrego wrazenia (pierwszy z brzegu przyklad – „You Know What You Are?” – jak mozna cos tak jalowego popelnic?).
co zatem mozna przypisac na plus? let’s see… na pewno nietypowy opener „All The Love In The World”, z ujmujacym, stricte zaprogramowanym podkladem (autorstwa Photeka). singlowy „The Hands That Feeds” to czysta dyskoteka, nawet niekoniecznie rockoteka, ale wpada w ucho, a to na tej plycie duzo. moze Depechowy „Everyday Is Exactly The Same”, albo kojarzacy sie z Pearl Jam (tak!) „Getting Smaller”, ewentualnie „Only” z nietypowa, rzeklbym Paul Simon’owo potraktowana linia wokalna. no i przede wszystkim „Right Where It Belongs” – heartbreaker w linii produkcyjnej tej samej co wypuscila „Hurt”, dowod na to, ze akurat na liryczne fragmenty Reznor ma patent, ktory nigdy nie zawodzi i sie nie nudzi. zreszta cala koncowka plyty, spokojniejsza (a moze raczej – wyzbyta tych industrialno-masakratorskich rzygow) wstydu nie przynosi.
doszedlem dzis do genialnego, choc malo odkrywczego wniosku – ten caly Nine Inch Nails to nic innego jak dzwiekowe odzwierciedlenie stanu depresji i wkurwienia. ha! no bo tylko w takim nastroju czlowiek nie jest swiadomy, ze cala ta jego agresja wymierzona w otaczajacy go wszechswiat i romantyczno-bunczuczne hasla wokol ktorych wiruja jego mysli to tak naprawde spora zenada. a mowiac prosciej – tez przeciez prowadziliscie pamietnik/bloga kiedys, nieprawdaz? tez bywaliscie wkurwieni/zakochani do tego stopnia, ze byliscie z racjonalna ocena sytuacji na bakier, rajt? muzyka NIN powstaje w takich stanach i jest kierowana do ludzi tkwiacych/znajdujacych sie w takim stanie. i wtedy naprawde sie sprawdza. najlepiej z wysztskich kapel emo.
najlepszy moment: RIGHT WHERE IT BELONGS
ocena: 7/10
