Iggy Azalea – Glory
wydawca: DIY
Dawno o rapach tu nie było. A jeszcze dawniej o żeńskich rapach.
Pochodząca z Australii Iggy Azalea od około dwóch lat miesza na amerykańskiej scenie rapowej. Całkiem udanie zresztą, dzięki czemu w 2012 trafiła do corocznego zestawienia „Top 10 Freshmen” magazynu XXL nie tylko jako pierwsza kobieta, ale też jako pierwsza osoba spoza Stanów Zjednoczonych (a trzeba przypomnieć, że finałowa lista była wyjątkowo silnie obsadzona, takimi raperami jak m.in. Macklemore, French Montana, Machine Gun Kelly, Future czy też Danny Brown). Od czasu pierwszych nagrywek zdążyła związać się też z Grand Hustle Records należącym do T.I. oraz porzucić go dla Mercury Records. Support przed Beyonce na jej trwającej właśnie trasie to kolejny krok ku pewnemu niemal pierwszemu miejscu na liście Billboardu dla debiutanckiego „The New Classic”, którego premiera już w marcu.
Zapoznanie się z wydaną w 2012 EPką „Glory” każe się jednak zastanowić, czy nie mamy przypadkiem do czynienia ze sztucznie pompowanym balonikiem, kolejną rapową wydmuszką (przyznaję – dosyć urokliwą) stargetowaną na spaczone swag-kultem nowe pokolenie nabywców rap płyt, zupełnie odcięte od korzeni gatunku. Choć ostatnimi czasy dosyć często kieruję swe melomańskie czułki w kierunki Atlanty, nigdy nie zostanie ona dla mnie rapową Ziemią Obiecaną. Nie chciałbym, by takie kawałki jak „Millionaire Misfits” wyznaczały kierunek, w którym będzie podążać mainstreamowy rap, nawet jeśli występuje B.O.B., także według mnie jeden z najciekawszych reprezentantów gatunku. Melodia – tak, ale nie w tak fajansiarskim wydaniu i z tak plastikowymi podkładami. „Runway” wypada o tyle lepiej, że wolę jak refreny śpiewają kobiety. Ale to wciąż rap, który na playlistach sąsiaduje z coraz bardziej mnie irytującymi hitami Macklemora i Ryana Lewisa. Plusik za zwrotkę Pusha T, ale skoro o kawałkach z featuringami mowa, to najlepiej wypada basowy „Murda Bizness” z udziałem byłego już przełożonego Azalei. Jak dla mnie jednak najciekawiej dzieje się w dwóch ostatnich kawałkach tej 6-cioutworowego wydawnictwa. „Flash” to „rozwodniony” erotyk, jakiego nie powstydziłby się Drake, a zamykająca całość piosenka tytułowa to wreszcie pełnokrwisty track z konkretną aranżacją, a nie podróbką z Chin.
Kobiet na urban scenie nigdy za mało, ale bardziej opłacalne jest śledzić karierę Azealii Banks.
najlepszy moment: GLORY
ocena: 7/10
