rageman.pl
Muzyka

Let Me Introduce You To The End – A Voice From The Mountain

mm-eu-a-voice-from-the-mountain-coverrok wydania: 2010

wydawca: DIY

album do pobrania stad

 

ostatnim razem mielismy pogadanke na temat EMOcji w Muzyce. najswiezsze dokonanie Ryana Socasha pod szyldem Let Me Introduce… prowokuje do innej refleksji – jak to mozliwe, by praktycznie ten sam czlowiek byl w stanie stworzyc dwie az tak diametralnie rozne plyty?

bo „A Voice…” jest lepsza od „A Love…” wlasciwie pod kazdym wzgledem: brzmieniowo, aranzacyjnie, kompozycyjnie, „ideologicznie”, „estetycznie”. zacznijmy od tych najprostszych do wytlumaczenia aspektow technicznych. po pierwsze – slychac studyjna robote. mozliwe ze podalem bledna informacje piszac o „A Love…” jako o plycie zarejestrowanej samodzielnie w domowych warunkach, ale no nie ma co ukrywac – brzmialo to dosc chalupniczo. tu absolutnie takiego problemu nie ma – rzecz brzmi niemal audiofilsko, choc to „tylko” studio Radia Krakow a nie Abbey Road. docenilismy partie instrumentalne na poprzednim krazku, ale tym razem slychac pelne zawodostwo, creditsy obejmuja zreszta sporo nazwisk.

mozemy plynnie zatem przejsc do kwesti produkcji, przekladajacej sie na klimat calosci. jest w tych kawalkach zycie, jest powietrze. moze to sila autosugestii wynikajacej z kolejnego „Listu do Polakow”, tym razem napisanego w znacznie bardziej optymistycznym tonie. ale faktem jest, ze nie jest to juz tak przytlaczajaca rzecz jak krazek sprzed 5 lat. zadne tam „Downward Spiral” spod Krakowa… zreszta, wczesniej niesmialo zasygnowalismy jakies powinowactwo z prog rockiem. tym razem absolutnie nic takiego nie ma. wiecej, jest watpliwosc czy w ogole mowic tu o rocku. nie ma go tu ani w energii numerow, ani w aranzacji (nie liczac fragmencikow typu solowka w „Dreamy Eyes”). czyli juz nie worek z polskimi progrockami typu Believe czy Millenium (w ktorym i tak LMIYTTE sie wyroznial), a predzej Twilite i inne chluby akustycznego songwritingu w Polsce. cholera, taki „Hills Fall Silent” brzmi sielsko niemalze… w okolicach premiery krazek przebil sie do swiadomosci masowej glownie ze wzgledu na goscinny udzial Czeslawa Mozila w nagraniach. co z jednej strony bylo spora niesprawiedliwoscia (nie pierwsza i nie ostatnio zapewne w historii kolaboracji alternatywy z mainstreamem), ale faktem jest, ze akordeon jurora X-Factor znacznie przyczynil sie do pozytywnego wydzwieku calosci plyty. no i zamykajac temat aranzacji – nie ukrywam, ze fanem cierpietniczego wokalu lidera Let Me… tez nie jestem. i tu takze sie znalazlo rozwiazanie – na 9 piosenek az 6 to instrumentale. czyli akurat. zwlaszcza ze pojawia sie tu takze wokal zenski. na szczescie Czeslaw nie zaspiewal.

no wlasnie – glownym problemem tej plyty to jej dlugosc. a raczej krotkosc. bo to zaledwie 27 minut, z czego 5 kawalkow to przerywniki. swietne, no ale przerywnik to przerywnik jednak. z drugiej strony jest to rozsadna opcja, bo akurat pod wzgledem chwytliwosci kompozycji przeskok jest niewiele wiekszy w porownaniu do poprzednika. ale kto wie, moze nastepnym razem? szczerze mam nadzieje, ze takowy nastapi.

 

najlepszy moment: BURN LIKE THE SUN

ocena: 7,5/10

Leave a Reply