Amy Winehouse – Back To Black
wydawca: Island
Pamiętacie co czuliście 23 lipca 2011 roku? Smutek, złość, szok, a może zwykłe zobojętnienie? Ja pamiętam doskonale swoją reakcję na śmierć Amy Winehouse. Ogromny żal. Oczywiście w sporej mierze spowodowany tym, że zawsze szkoda człowieka, zwłaszcza tych zajmujących się Muzyką – siłą rzeczy w jakimś stopniu mi bliższych od statystycznego Kowalskiego. Przede wszystkim czułem żal, że dziewczyna już nigdy nie nagra płyty z muzyką godnej jej Postaci. Taki, który ostatecznie rozwiałby wątpliwości wątpiących, czy aby na pewno można tu mówić o rzeczach wybitnych, trwale zmieniających historię muzyki, a nie tylko o kolejnym, typowo brytyjskim (tyle, że już rozciągniętym na cały świat) przehajpie.
Uściślijmy fakt. Amy Winehouse kapitalną wokalistką była. Czy jednak lepszą, powiedzmy, technicznie od jej koleżanek po fachu pokroju choćby Adele? I czy godnej bycia stawianą w jednym rzędzie z Arethą Franklin czy, z ciut innej bajki, Janis Joplin? Tu tracę pewność co do odpowiedzi. Szybko jednak rozwiewanej przez klipy koncertowe. To była OSOBOWOŚĆ. W kontekście takich zszarganych przez życie twórców jak Amy należy być ostrożnym z takimi terminami, bo popkultura z niebywałą łatwością stawia znak równości między indywidualnością a uzależnieniem od narkotyków i innych używek. Ponadto trzeba zauważyć, że tych godnych uwagi klipów koncertowych trzeba się dobrze na youtubie naszukać – nie ze względu na ich niewielką ilość, ale to, że sporo koncertów Amy przez swe nałogi położyła. Kiedy jednak już natrafimy na klip z autorką „Rehab” w formie to nie ma zmiłuj – oko i ucho same automatycznie wpadają w uzależnienie. Magnes, zmiatający całą jej współczesną konkurencję żeńskich wokalistek pop/soul/r’n’b. Ach, gdyby ta Adele nie była taka budyniowata (i nie mam na myśli jej fizyczności)…
Powiedzmy sobie od razu – „Back To Black” to naprawdę niezły album, lepszy niż debiutancki „Frank”, który chyba nieprzypadkowo przeszedł niezauważony poza Wielką Brytanią. Ze świecą szukać drugiej tak stylowo brzmiącej płyty, której produkcję i aranżację można by rozpatrywać w mistrzowskich kategoriach. Nie ma co się bawić w hierarchizowanie któregokolwiek z producentów – zarówno Mark Ronson jak i Salaam Remi odwalili kawał kapitalnej i, co ważne, spójnej roboty. Wreszcie pozwalającego odsłonić pełną paletę możliwości wokalnych Amy – choć nie to, aby z bardziej jazzującym „Frankiem” było coś nie tak. Mega intrygującym jest także fakt, iż płyta, odskulowo soulująca, 'r’n’bujająca i doowopująca, trafiła do serc młodzieży hiphopującej. Tu akurat można upatrywać większej zasługi Ronsona, który trochę tych raperów w życiu się naprodukował i to rzeczywiście bardziej jego część „Back To Black” nadaje się do remixowania przez gości pokroju Ghostface Killah („You Know I’m No Good”) czy Jay-Z („Rehab”).
Dlaczego więc ten album prawdziwie porywa tylko fragmentami, a nie przez większość czasu, nie mówiąc już o ujęciu całościowym? Dlaczego zapuszczenie już legendarnego „Rehab” wywołuje natychmiastowy uśmiech na gębie, ale kiedy do winampowej setlisty wplącze się „Doo Wop (That Thing)” Lauryn Hill natychmiast zapominam o tym pierwszym? Niestety mam też mega obawy, iż konfrontacja „Back To Black” i „Miseducation Of Lauryn Hill” także zakończyłaby się na korzyść byłej wokalistki The Fugees. Track tytułowy ściska odrobinę za gardło, ale niekoniecznie w uniwersalny sposób – jestem pewien, że gdyby Beyonce (która przecież kawał głosu i osobowości ma, no doubt about it) zaśpiewała ten numer na soundtracku do „Wielkiego Gatsby’go” w bardziej tradycyjny sposób, to i tak poniosła by porażkę. Emocje wynikające z utożsamianiem się z warstwą liryczną to jedno, ale chodzi też o kontekst.
Moim faworytem jest jednak „Tears Dry On Their Own” – lekkość podkładu oraz prowadzonej na nim melodii wokalnej jest tak rozbrajająca, że słuchany na mieście sprawia, że zwykłe przebycie drogi z domu do przystanku autobusowego staje się przygodą, marszem szczęśliwości, podczas którego chce się skakać, unosić i całować w poliki współprzechodniów. Cudna rzecz. I jedynym jej problemem jest to, że zamyka listę naprawdę fajnych numerów na „BTB”. Bo końcówka płyty jest już naprawdę niemrawa. Jasne, znów świetnie brzmiąca, ale takie utwory to może równie dobrze nagrywać Duffy jakaś.
Czy jednak skrócenie całości do pochodu utworów do pierwszych siedmiu indeksów wywindowałoby „Back To Black” do miana jednej z najlepszych płyt XXI wieku, takiej, jaką chcieliby widzieć ją krytycy? W innym przypadku takie rozkminy byłyby zbędne – wystarczyłoby, aby artysta nagrał kolejną płytę jeszcze lepszą i byłoby po sprawie. A tak tylko ten pierwszoakapitowy żal zostaje…
najlepszy moment: TEARS DRY ON THEIR OWN / BACK TO BLACK
ocena: 8,25/10
