rageman.pl
Muzyka

Mark Knopfler – Privateering

Privateering_Mark_Knopflerrok wydania: 2012

wydawca: Mercury

 

A jednak ta historia ma happy end. A przecież miało być zupełnie inaczej. Bo co może być od albumu z sielankowym przynudzaniem Marka Knopflera? Podwójny album Marka Knopflera. Tymczasem były sułtan swingu zaskoczył. Nie, oczywiście że nie stylistyką, Dire Straitsowe czasy już nie wrócą, a chyba nikt nie spodziewał się, że Mark na stare lata odkryje dubstep. Zaskoczył jakością, nagrywając najlepszy album solowy, a tym samym najciekawszą porcję muzyki od czasu… „Brothers In Arms”.

A przecież, jak słowo się rzekło, w samej fakturze kompozycji nie ma absolutnie nic zaskakującego. Wydaje się wrecz, że „Redbud Tree” to jeszcze bardziej wyciszony numer na otwarcie albumu niż na którymkolwiek z sześciu poprzednich wydawnictw solowych. A jednak coś wreszcie intryguje w kompozycji, czuć jakiś artystyczny niepokój, natchnienie. I nie jest to odosobniony wypadek. Co dziwi o tyle, że trzy lata, które dzielą „Privateering” od poprzednika („Get Lucky”) to Knopflerowa norma, która nie była okupiona żadną tragedią, której ból byłby przyczynkiem do powstania nowych piosenek. Niczym, co mogłoby wpłynąć na nowy album i jego jakość. Po prostu, weszli panowie w tym samym składzie co zawsze do studia i nagrali 20 piosenek. Uznanych za na tyle dobre, by utworzyć z nich dwupłytowe dzieło. Całkiem słusznie.

Oczywiście ponownie dominują wolne tempa, na poły akustyczne granie inkrustowane wpływami folku, country i celtyckiej muzyki. Muzyka tzw. dojrzała. Ale jest to wreszcie dojrzałość, której chce się słuchać, która nie brzmi jak „tata, nie rób siary”, która poraża swą mądrością. Brzmienie nie jest może tak stylowe jak u Dylana z ostatnich lat, ale odważę się stwierdzić, że Knopfler na tym albumie zbliża się do korzeni Muzyki Popularnej bliżej niż autor „All Along The Watchtower” na którymkolwiek ze swych dzieł z ostatnich 20 lat. Zwłaszcza wtedy, kiedy sięga po najprawdziwszego bluesa/blues rocka (choćby „Don’t Forget Your Hat”) – i wysoka częstotliwość tego procederu można uznać za jedyne zaskoczenie w kontekście brzmienia albumu. Najpiękniejsze fragmenty „Privateering” to te, w których Knopfler zbliża się do poszukiwanego przez lata solowej działalności złotego runa wyciszonego, a zarazem pełnego żaru songwritingu, jak choćby w absolutnie magicznym „Go, Love”, ścisłej czołówce popełnionych przez niego ballad.

Wreszcie też Knopfler dostarczył stęsknionym fanom jego jednoznacznie rockowego oblicza dźwięki, które są w stanie przyspieszyć im tętno. Najlepszym przykładem utwór tytułowy, na podstawowej płaszczyźnie będący czymś na kształt żeglarskiej przyśpiewki, jednak ozdobionej fragmentami kwalifikującymi się pod termin „rockowe przyłożenie”. I co najważniejsze, nie jest to żenujące żerowanie na starych patentach jak jakieś „Cannibals” z solowego debiutu. Żadnego drugiego „Walk Of Life” czy „Heavy Fuel”, choć „Corned Beef City” spokojnie by się odnalazł w towarzystwie tych klasyków. A z drugiej strony brak soft rockowych wkrętów – choć na liście płac widnieje sam Chris Botti, to jego obecność jest ledwie zauważalna.

Album kończy się optymistycznie, żeby nie powiedzieć wesołkowato („Today Is Ok”, „After The Beanstalk” to akurat najsłabsze fragmenty wydawnictwa). Na pewno nie w klimacie sugerującym chęć pożegnania się z fanami. A jednak trochę mi się marzy, by „Privateering” był ostatnim albumem Marka. Na ponowną falę wznoszącą chyba już za późno, a tak mielibyśmy najlepszy z możliwych ostatnich rozdziałów wielkiej kariery tego Pana.

 

najlepszy moment: GO, LOVE

ocena: 8/10

Leave a Reply