Budgie – In For The Kill
wydawca: Metal Mind Productions
Być może jest Wam znana fraza „Big in Japan”? Oczywiście jest to także tytuł przeboju Alphaville, przede wszystkim dotyczy ona zjawiska ściśle związanego ze specyfiką (czy też oryginalnością) Japonii, a przede wszystkim gustów jej obywateli. Otóż zwykło się tym terminem określać artystów (głównie muzycznych, choć dziś załapują się na niego wszelkie osobistości świata kultury, a nawet sportu), które w przeciwieństwie do umiarkowanej popularności w pozostałych częściach świata, w Japonii cieszą się statusem mega-gwiazd, wręcz bogów. Klasyczne przykłady to Cheap Trick, Mr Big czy Scorpions – dobór nieprzypadkowy, bo jest to zjawisko szczególnie popularne w kręgach gwiazd hard rocka, wyjątkowo popularnego w Kraju Kwitnącej Wiśni.
Zaskakujące, że jednak nigdy nie ukłuto (przynajmniej nie oficjalnie) terminu „Big In Poland”. W świecie aż roi się przecież od wykonawców znanych wyłącznie u nas! Nie da się ukryć, że szczególne zasługi należałoby w tej kwestii przypisać słynnej Trójce, na czele z redaktorem Kaczkowskim. Z całym szacunkiem dla wieloletniej działalności i zasług dla autora „Minimaxu”, ale trudno nie zauważyć, że pokolenie naszych rodziców mają z nim bardzo zbieżny gust, który niekoniecznie pokrywa się z tym, co na Zachodzie powszechnie uważa się za muzyczną Klasykę. Spytajcie swoich rodzicieli o dyskografię Deep Purple lub Dire Straits, a potem o Joy Division i Davida Bowiego, a zrozumiecie co mam na myśli.
Chyba najbardziej zasłużoną gwiazdą nurtu „Big In Poland” jest jednak Budgie. Choć trzeba im oddać, że kilka ich piosenek coverowały tak uznane firmy jak Metallica czy Van Halen, to ich popularność w Polsce niespecjalnie przekłada się na ich znaczenie w globalnej historii Rocka. Polska okazała się wyjątkowo udanym rynkiem zbytu dla sympatycznych Walijczyków zarówno w „klasycznych” latach działalności (czyli lata 70-te i 80-te), jak i po reaktywacji na przełomie wieków. Znamienne, że to u nas poniekąd zakończyła się historia zespołu w 2010 roku, kiedy to w trakcie kolejnej trasy po Polsce nastąpiły mocne komplikacje zdrowotne u jej lidera i jedynego stałego członka, Burke Shelley’ego, w wyniku których ratowano jego życie w szpitalu w… Wejherowie. Nie jest też chyba przypadkiem, że reedycji najpopularniejszego (w tym sensie, że na brytyjskiej liście sprzedaży zaszła najwyżej, bo na 29 miejsce) ich albumu, „In For The Kill”, podjął się polski Metal Mind (i to w limitowanej liczbie 2000 nośników, co chyba nie ma zbyt wiele wspólnego z elitarnością produktu).
Czwarty album w dyskografii tria uchodzi zarazem za jedno z ich najlepszych dokonań. Hmmmm… Otwierający album track tytułowy wita nas – poza paskudnym brzmieniem, które nie do końca można zrzucić na datę rejestracji nagrań – sympatycznym riffem, ale nijak mającym się jakościowo do tego, co na pęczki tworzył Page, Iommi czy nawet niespecjalnie przeze mnie preferowany Blackmore. Podobnie byłbym ostrożny z komplementami wobec „wysokich” śpiewów Burke’a, mimo iż mam olbrzymi szacunek dla muzyków łączących funkcję wokalisty z basistą. Następny „Crash Course In Brain Surgery” (to ten właśnie numer przerobiła Metallica) to trzyminutowy strzał bez zbędnego, progresywnego kombinowania, mający niestety jedną, ale dość wyraźną wadę – słuchając go człowiek się zastanawia, skąd tu u licha wzięła się piosenka Led Zeppelin i dlaczego jej wcześniej nie znał. Odczucie zresztą jeszcze kilka razy podczas sesji się przewinie… „Wondering What Everyone Knows” to naprawdę ładna akustyczna (choć w tle przewija się bluesujący elektryk) ballada z harmoniami wokalnymi, które w pierwszej kolejności kojarzą się z The Beatles w piosence autorstwa Lennona, choć chyba bliższe prawdy byłoby porównanie do Simon & Garfunkel. Całkiem niezły jest też dziesięciominutowy „Zoom Club” z tym razem rzeczywiście świetnymi dwoma riffami, całkiem przytomnym żonglowaniem motywami i instrumentalnymi popisami wysokiej jakości. Moja rockerska dusza się raduję. Ostry spadek zaliczamy niestety w „Hammer And Tongs”, który zaczyna się obiecującym wstępem rodem z muzyki eksperymentalnej, by przejść w tak permanentną, chamską zrzynę z „Dazed And Confused”, że aż należałoby uznać niespecjalnie udaną karierę Budgie za słuszną karę boską. „Running From My Soul” to boogie, które było już nieświeże w momencie powstania, a zamykający stawkę „Living On Your Own” to kolejny hołd dla autorów „Schodów do Nieba”. Swoją drogą kiepski timing mieli panowie z Budgie – kiedy ich idole tworzyli „Kashmir”, oni dopiero rozgryzali patenty z pierwszych albumów… Aha, jest tu jeszcze bonus od wydawcy w postaci singlowej, zupełnie bezsensownie skróconej wersji „Zoom Club”.
Sympatyczny album zupełnie drugoligowego zespołu. Mus w kolekcji każdego wielbiciela tzw. „rocka z wąsem”.
najlepszy moment: ZOOM CLUB
ocena: 7/10
