Pati Yang – Faith, Hope + Fury
wydawca: Pomaton
Całkiem niedawno zadałem tutaj pytanie, czy któraś z polskich wytwórni podejmie wyzwanie rzucone rynkowi przez Mystic Production i ich mega akcji promocyjnej (nazwijmy rzecz po imieniu – chodzi o rozdawanie płyt prawie za darmo). No i proszę – sypnęło w działach muzycznych sieci handlowych wydawnictwami z polskiego katalogu EMI Music Poland o cenie nie przekraczającej 10 zł. Nie wiem, na ile ma to związek z przeistoczeniem EMI Music Poland w Parlophone Music Poland (co jest z kolei pokłosiem „rozbioru” koncernu EMI przez pozostałych graczy z Wielkiej Czwórki), fakt jednak jest taki, że pojawiła się szansa na uzupełnienie domowych kolekcji o naprawdę ciekawe albumu (takie też się u majorsów zdarzają) za rozsądną cenę. Jak np. „Faith, Hope + Fury”.
Pati Yang zwykła uchodzić za jedną z bardziej tajemniczych postaci na polskim rynku muzycznym. Mnóstwo mitów narosło wokół jej osoby – że ponoć córka Jana Borysewicza. Że tak naprawdę nazywa się Dolores Miednica, a kiedy była mała porwała ją czarna wołga. I tak dalej. Pierwszą plotkę z czasem zdementowano, nie wiadomo jak z pozostałymi. Fakt jest natomiast taki, że już w wieku 18 lat zadebiutowała wydaną przez Sony Music Polska „Jaszczurkę” (zanim ktoś zacznie szukać także tutaj spisku warto przypomnieć sobie, że na przełomie wieków duże wytwórnie w Polsce naprawdę zainteresowane były promowaniem ambitniejszej muzyki). Płytą świetną, stanowiącą obok „Puk.Puk” Nosowskiej najlepszą próbę przeszczepienia trip hopowych brzmień na polski grunt (nie aby tych prób było też tak wiele…). Być może ktoś z regularnych czytelników tego bloga pamięta czasy rageman.blog.pl i muzykę, która atakowała po wejściu na stronę. To była „Jaszczurka” właśnie. To był jednak okres, kiedy Pati na tyle kompletnie zniknęła z pola widzenia polskich słuchaczy i mediów, że rzeczywiście rozważano wspomnianą opcję z czarną wołgą. Na szczęście 2005 rok przyniósł comeback w postaci „Silent Treatment”, od którego ze stałą, dwuletnią regularnością (uwzględniam także działalność pod szyldem FlyKKiller) Pati przypomina się nowym albumem. O „Silent Treatment” złego słowa nie powiem, ale moim zdaniem to na „Faith, Hope + Fury” gwiazda Pati rozbłysła w pełni. Wreszcie rzeczywiście na skalę międzynarodową.
W wywiadzie dla „Machiny” Pati określiła ten album jako opowiadający się po jasnej, pozytywnej stronie mocy. I nie jest to żadne promocyjne pitolenie – to album skrajnie inny od swego poprzednika, a tym bardziej od neurotycznego debiutu. Ulotniły się niemal zupełnie trip hopowe wpływy dominujące w latach 90-tych, ale też ciężko znaleźć tu ten „zimowy”, przygnębiający klimat rodem z „All Thats Is Thirst” chociażby. Czerwień z okładki, stanowiącej swoisty negatyw obrazka ozdabiającego „Silent Treatment”, na płaszczyźnie symbolicznej stanowi idealny trop: płyta buzuje energią, stanowiąc magiel całej palety emocji, nie tylko tych wymienionych w tytule. Wszystkie oczywiście przefiltrowane przez kobiecą wrażliwość, przy czym warto podkreślić słowo „kobiecą”. Być może to siła autosugestii spowodowanej wspomnianym wywiadem, ale rzeczywiście płyta, jak żadna wcześniejsza, brzmi jak dzieło artystki w pełni świadomej swej kobiecości, wykorzystującej wszystkie wynikające z tego stanu rzeczy korzyści, a zarazem otwarcie przyznającej się do „ułomności” z tym związanych.
Powyższy opis wyszedł mi trochę niczym wynurzenia z „Pani Domu”, spróbujmy wyargumentować go zatem jakimikolwiek dźwiękami. Pulsujący taneczną energią „Over” stanowi najlepszy z wszystkich jedenastu kompozycji dowód na to, że jeśli już szukać porównań do globalnych ikon muzycznych, to najbliżej Pati do Roisin Murphy. To przebojowość w jej najambitniejszej, może nawet nieco zakamuflowanej formie, ale są tu fragmenty takie jak „Timebomb” czy „A Little Wrong”, w których tylko brzmienie nie pozwala postawić znaku równości między nimi i słowem „pop”.Przy tym drugim można by nawet pokusić się o dostawienie terminu… r’n’b. Wraz z „Red Hot Black” wędrujemy w synth’owe regiony krainy popu – aranżacja stanowiąca wyobrażenie, jak mógłby wyglądać jam session z udziałem muzyków Joy Divison i Depeche Mode. No i OBŁĘDNY refren. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że wybór „Stories From Dogland” na singiel był słuszny – rzeczywiście jako całość ten numer najbardziej zapada w pamięć. Bass w tym kawałku – palce lizać.
Pop to ogromnie pojemny termin, jednak nie tylko wymienione powyżej utwory miałem na myśli mówiąc o całym spektrum emocji. „Supernatural”, nawet jeśli znacznie przesiąknięty elektroniką, wciąż mógłby się znaleźć w repertuarze takiej PJ Harvey, która do flagowych reprezentantów popu nie należy. Podobnie jak „Coming Home”, choć to już bardziej to wyciszone, „white-chalkowe” oblicze (wrażenie potęguje fortepian, na którym przygrywa Staszek Soyka). Poprzedzający go „Outside” to zaś śliczna, akustyczna ballada z lekkimi muśnięciami instrumentów smyczkowych.
Tak właśnie rozumiem Dzieła Muzyczne, pisane z dużej litery – emocjonująca podróż bez chwili nudy i przestoju, zarazem z cały czas obecnym przewodnikiem w postaci Melodii, dzięki której chce się wykupywać kolejny turnus, i kolejny. Światowy poziom, pod którym należy rozumieć przede wszystkim muzykę, a nie miejsca nagrywania płyty i personalia współpracowników.
najlepszy moment: RED HOT BLACK
ocena: 8/10
