rageman.pl
Muzyka

Czarno-Czarni – Nudny Świat

czarnorok wydania: 2009

wydawca: Czarno-Czarni

 

Bo to jest tak: blog muzyczny daje wolność. Wolność pisania o płytach, artystach, muzyce którą się po prostu lubi. Oczywiście prawdziwą sztuką krytyki muzycznej jest napisać o obiektywnie (przyjmijmy na chwilę, że istnieje coś takiego jak obiektywna wartość w sztuce) złej płycie tak, aby krytykowany artysta jeszcze recenzentowi podziękował. Tyle że co de facto takie recenzje dają światu, dają owemu artyście? Czy którykolwiek zespół nagrał kolejną płytę lepszą dzięki temu, że poprzednia została zjechana przez brać recenzencką?

Dlatego piszę o muzyce, którą lubię i na którą chcę, by inni zwrócili uwagę, tudzież wnieść coś nowego do postrzegania płyt, które już znają. Przypuszczam, że tak ma zresztą większość blogujących o muzyce, o ile nie piszą wyłącznie o nowościach. Tyle tylko, że wiąże się to też z ryzykiem. Nie ma co ukrywać, blogowanie, podobnie jak każda inna aktywność w social media, stało się narzędziem lansu. A lans wiąże się z czynieniem tego, co wypada. Jeden fałszywy ruch, jeden nieodpowiedni klub na szlaku imprezowym, jedna nieodpowiednia marka w outficie i przepadasz. Także – jedna nieodpowiednia empetrójka lub płyta. I nie dotyczy to wyłącznie słuchaczy, także – a może przede wszystkim – recenzentów. Czy widzieliście kiedyś na jakimś blogu recenzję płyty jakiegoś Pectusa, Szymona Wydry czy Krzysztofa Krawczyka? Oczywiście że nie. I to nie dlatego, że można spokojnie założyć, że są to beznadziejne płyty. O takich wydawnictwach się nie pisze, bo jakby wyglądały recenzje im poświęcone obok wpisów nt. The National, O.S.T.R. czy The XX. Jasne, są blogi sprofilowane na konkretne gatunki, trudno wymagać recenzji Krawczyka na portalu poświęconym norweskiemu black metalowi. Ale dlaczego jeszcze nie powstał blog piszący o polskim pop rocku?

Trochę przydługi wstęp wyszedł, za co przepraszam czytających (i szukających jakiegokolwiek sensu w powyższej dygresji). Zmierzam do tego, że kiedy w ręce wpadł mi krążek Czarno-Czarnych, pierwsza decyzja była klarowna – „nie opiszę”. Bo po co. Nie obchodzi mnie ten zespół, kontakt z „Nogami” (jakby ktoś się nie orientował – ewidentnie największy  przebój) ograniczam raczej do sytuacji weselnych, no i kto o zdrowym zmyśle będzie chciał czytać o zespole, którego właściwie się już nie słucha (chyba że na dniach miasta, ale to i tak nie jako głównej gwiazdy)? Recenzję Bajmu, Dody czy Pikeja można by traktować jeszcze w kategoriach humorystycznych. No ale Czarno-Czarni?

Jest jednak jedna rzecz w Czarno-Czarnych, która nie pozwala zupełnie skreślić tego zespołu. A właściwie jedna osoba – Jarek Janiszewski. Jedna z moich absolutnie ulubionych postaci polskiej muzyki rozrywkowej. Trudno wskazać mi drugą osobę z kręgów muzycznych, której humor byłby tak bardzo „mój”, chyba tylko Tymon mógłby konkurować (to naprawdę przypadek, że wszyscy trzej pochodzimy z Pomorskiego). Konferansjerka Jarka (a swego czasu obsadzano go w tej roli na większości muzycznych eventów w Trójmieście, nie wiem jak teraz, bo nie uczęszczam) to wartość sama w sobie, przede wszystkim chodzi o teksty pisane dla dowodzonej przez niego Bielizny. Problem z Bielizną jednak jest taki, że spokojnie można ją uznać za Najbardziej Niedocenioną Kapelę W Historii Polskiej Muzyki. Co się naturalnie z tym wiąże – działalność w takim zespole nie przynosi dochodów. A Artysta, w pewnych kwestiach, niewiele różni się od innych ludzi. Np. tym, że też musi co do garnka włożyć. Ma też to do siebie, że chciałby zarabiać, robiąc to co umie najlepiej. Czyli w przypadku muzyka – robiąc muzykę. Tyle że bardziej przyjazną tłuszczy. No i Pan Jarek to robi, właśnie pod szyldem Czarno-Czarnych. I ja to rozumiem, szanuję, akceptuję. Nawet jeśli zupełnie nie chcę tego słuchać.

Lekkim wyłomem w wizerunku Czarno-Czarnych jako projektu stricte komercyjnego jest jednak płyta „Nudny Świat”. Przede wszystkim dlatego, iż wydano ją po aż pięcioletniej przerwie, a dziś pół dekady w muzyce to jak cała wieczność, w trakcie której nawet największa popularność może wywietrzeć. I chyba w tym przypadku także tak się stało, a mimo to panowie ciągną temat dalej. Może więc chodzi przede wszystkim o zwykłą przyjemność wspólnego grania?

To dobry trop, bo ta płyta naprawdę brzmi, jakby powstała na zupełnym luzie, niekoniecznie związanym z obraną rerto-swingową stylistyką. Bez przebojów pozwalających na zdecydowany powrót na listy przebojów, ale też – choć obie rzeczy nie muszą się łączyć – i bez żenady, łaskotania najniższych instynktów słuchaczy. Featuring Urszuli w „Pierwszym Wierszu” może wydawać się kuriozalny, ale jest tak symboliczny, że aż niezauważalny. Udział niejakiej Holly Shepherd w anglojęzycznej wersji „Potęgi Dansingu” też nie zaowocował moim zdaniem artystycznym wydarzeniem, ale można go potraktować jako bonus. Podobnie jak znany z serialu „Daleko Od Noszy” „Nie Choruj”, zbyt Big Cycowy. Zresztą, tytułowy numer skomponowany przez Dżej Dżeja (za większość repertuaru odpowiada „Piękny Roman” Lechowicz) także bardziej pasowałby do tamtej kapeli. Co innego „Kwiat Nienawiści”, zaśpiewany przez Janiszewskiego w duecie z Anią Rusowicz, z sympatycznym oldskulowym riffem.

Dużo tu zresztą nieszablonowych rozwiązań, jak przewijające się w wielu fragmentach zagrywki gitarowe rodem z filmów Jamesa Bonda czy westernów, trąbki w „Angielskim Filmie” i „W Objęciach Kelnera”, czy hiszpański klimat w tym ostatnim. To co jednak dla mnie najważniejsze to to, że Janiszewski-tekściarz nic nie stracił ze swej niesamowitości. Zwyczajnie ubóstwiam takie wersy jak „Nikt nigdy nie dowie się, jak często wąchałaś mnie, pamiętam wciąż tamtą noc, gdy z głowy wypadł Ci nos” czy otwierające całość „Wiesia drży dziś nie wyrwie nic, w domu będzie ryk, tak wiele pań zaprasza do warg, jakiś typ żre sałatkę z ryb”. Coś, co w ustach każdego innego wokalisty brzmiałoby jak hasło-klucz do wejścia na teren szpitala Srebrzysko, u Janiszewskiego brzmi jak… poezja.

Nie chcę Was zachęcić do słuchania tej płyty, bo, mimo powyższego, nie jest ona zbytnio tego warta, choć też jest lepsza niż można było oczekiwać. Chcę po prostu dostać nagrodę za przełamywanie barier w blogosferze muzycznej poprzez pisanie o płytach, nad którymi nikt inny by się nie pochylił.

(Aha, na marginesie: „obięciach”? Serio?)

 

najlepszy moment: W OBJĘCIACH KELNERA

ocena: 7/10

Leave a Reply