rageman.pl
Muzyka

David Gilmour – Live In Gdańsk

rok wydania: 2008

wydawca: EMI

 

skoro jestesmy przy rockowych legendach…

w sierpniu minelo 5 lat od jedynego jak dotad polskiego koncertu Davida Gilmour’a, Wokalu i Gitary legendarnego Pink Floyda w Stoczni Gdanskiej. i choc „Live In Gdansk” wydano dwa lata po tamtym wydarzeniu, to w moje rece wpadl dopiero teraz.

mialem zaszczyt byc na tamtym koncercie, o czym mozecie poczytac tutaj. i choc sporo latek minelo, to moja ocena tamtego wieczoru nie za bardzo sie zmienila.

ale od poczatku. wiadomo bylo, ze koncert bedzie skladal sie z dwoch czesci. prezentacji swiezo wydanej solowej plyty „On An Island”, ktora Gilmour wrocil na scene pod 2 dekadach przerwy i setu z hitami macierzystego zespolu. a jednak pierwsze dzwieki koncertu, slyszalne takze na tej plycie, potrafily zdekoncentrowac. brzmi znajomo… na Boga, toc to „Speak To Me”! a zaraz potem „Breathe”! i kiedy po odegranych kolejno „Time” i „Breathe (reprise)” czlowiek zaczyna sie zastanawiac, czy Davidowi na starosc nie pojebaly sie plyty i nie odegra przypadkiem „Ciemnej Strony Ksiezyca”, glowny bohater przemawia do publicznosci i zapowiada pierwszy z solowych kawalkow, „Castellorizon”. czyli jednak „On An Island”, od poczatku do konca (z nieznaczna modyfikacja – dynamiczny „Take A Breath” powedrowal w okolice konca setu). powiem tak – nie jest to specjalnie swietny material, choc starczy na nazwanie go jednym z najlepszych, jakie popelnili czlonkowie PF dzialajac na wlasny rachunek (co swiadczy gorzej o ich mozliwosciach anizeli lepiej o „OAI”). fani zespolu wiedza tez, ze ci panowie dosc czesto praktykuja patent koncertowego odgrywania calych plyt, niezaleznie czy chodzi o dzialalnosc pod slynnym szyldem czy solo. a jednak „On An Island” to material na tyle wyciszony i kameralny, ze odegranie go w plenerze, na dodatek w tak specyficznych okolicznosciach (czyli fani Gilmoura, ale tez mnostwo przypadkowej publiki – jak zawsze w przypadku kazdego eventu zorganizowanego nie tylko dla samej Muzyki) nie bylo moim zdaniem do konca trafnym pomyslem. juz bardziej Sala Kongresowa by sie do tego nadawala, choc generalnie to uwazam, ze koncept odgrywania plyt w calosci powinien dotyczyc tylko naprawde zasluzonych plyt (vide to co ostatnio robi chociazby kolega Waters z materialem z „Dark Side…” czy „The Wall”), a nie swiezynek, ktore sie w ten sposob chce wypromowac. na dodatek nie jest to najprostszy w odbiorze album, wiec przypuszczam ze malo kto pobiegl po koncercie do sklepu by go nabyc. w warunkach domowych tego slucha sie lepiej, ale i tak jednak czlowiek skupia sie bardziej na tym, co nastapi w drugiej czesci wystepu.

a ten… noooo, to juz zupelnie inna bajka. najkrocej rzecz ujmujac: KOSMOS. to co najfajniejsze w nim – nie jest to jednak do konca takie typowe „greatest hits”, a przemyslana calosc, dosc ladnie niejako przy okazji wpasujaca sie w idee koncertu. zaczynamy nie tak zaskakujaca, bo od czesci suity „Shine On You Crazy Diamond”. na koncercie bylem ciut rozczarowany, ze refren odegrano nie tak jak w oryginale pochodzacym z jednej z moich naj plyt zycia. dzis uwazam to wyciszenie w odspiewywaniu tytulowej frazy za dosc intrygujaca, a w efekcie nawet poruszajace.

dalej jednak juz zaczyna sie granie, ktore niedzielnego fana Pink Floyd moglo wprowadzic w zaklopotanie. bo przeciez „Astronomy Domine” z debiutu (w sumie piekny pomysl z tym jego odegraniem po „Shine…” to dosc ryzykowny wybor biorac pod uwage, ze przypuszczalnie czesc publiki nawet nie kojarzy nazwiska Syd Barrett. „Fat Old Sun” – juz troche lepiej, ale to tez w sumie zaden hicior. ale cierpliwi zostali wynagrodzeni – ciche uderzenia dzwonu, w pewnym momencie przelamane charakterystyczna partia klawiszy… dla tru fanow PF „High Hopes” to numer wyklety, podobnie jak cala dyskografia zespolu po odejsciu Watersa. i choc jestem w stanie sie przychylic do opinii, ze „A Momentary…” i „Division Bell” niekoniecznie musialy zostac wydane pod tym szyldem, to nic nie poradze – „High Hopes” jest absolutnie przepiekny, rodzynek w nie az tak jednak smacznym post-Watersowskim ciescie. tutaj jeszcze zyskujaca za sprawa udzialu Filharmonikow pod batuta Zbigniewa Preisnera (szkoda ze drugi z polskich gosci tego dnia – Leszek Mozdzer – pojawil sie tylko w pierwszej czesci koncertu).

i potem rzeczywiscie juz sypnelo hitami. zanim jednak to nastapilo, Gilmour z kompanami (m.in. Manzanera, Pratt i nieodzalowany Richard Wright) odegrali jedno z najbardziej monumetalnych dokonan Pink Floyd. „Echoes”. co to sie rozpisywac – mimo iz Waters z Masonem byli nieobecni, te 30 minut pozwolilo sie poczuc jak na koncercie Prawdziwego Pink Floyd, a nie zadnego tam cover bandu objezdzajacego swiat (a Polske w szczegolnosci). ten fragment w srodku, z „mewami”… D.R.E.S.Z.C.Z.

w tym kontekscie „Wish You Were Here”, „A Great Day For Freedom” i „Comfortably Numb” to wlasciwie deser. Gilmour nie jest jakims wielkim improwizatorem i solowki w tym ostatnim brzmia „dosc znajomo”, ale w sumie po co poprawiac cos, co juz jest IDEALNE? kapitalne zakonczenie, to byl „cudowny wieczor indeed”.

myslicie ze to bedzie koniec notki? sorry guys, ale mowimy dzis o deluxe editon. no to opisujemy dodatki.

pierwsze dvd to przede wszystkim koncert ze Stoczni. powiem tak – moim zdaniem Dvd (a takze Blue Ray) to jedyne sluszne formaty, jesli chce sie sprzedac Koncert Muzyczny. i plyty cd audio powinny byc dodatkiem do dvd, a nie odwrotnie. a jednak mozna zrozumiec, dlaczego zapis video potraktowano tylko jako dodatek (poza czysto biznesowym powodem – inny koncert z tej trasy juz sprzedawano w formie dvd jako „Remember That Night”). coz, wyglada to sredniacko. koncert nie oszalamial wizualnie, ale to nie znaczy, ze trzeba go bylo nakrecic tak jak polskie filmy przyrodnicze sprzed 20 lat. zbyt to wszystko statyczne, suche, pozbawione jakiejkolwiek dynamiki… pewne proby urozmaicenia sie pojawiaja – w „Take A Breath” wmontowano archiwalne obrazki spod stoczni, poza tym przebitki na publicznosc… ale w 2008 roku to troche bieda jednak. na dvd Jean Michel Jarre’a wygladalo to jednak chyba lepiej (inna sprawa, ze tamten wyste rejestrowano docelowo z mysla o dvd, a nie cd). no i co najwazniejsze – wycieto wszystkie „darksajdowe” numery, a takze „Wish You Were Here”, „Fat Old Sun” i, czego najbardziej nie moge przebolec, „Shine On…” – jak mozna bylo nie pokazac tego „kieliszkowego performensu”? swoja droga, to takze w audio wycieto odegrany tego wieczoru „Wot’s… Uh The Deal?”(a takze liczne pomylki muzykow, no ale to akurat „jakos” rozumiem). poza tym mamy jeszcze ponad polgodzinny dokument o kulisach wystepu. oczywiscie jest spotkanie z Walesa, a takze z Budyniem, od lat nam uroczo panujacym w Gdansku… moglby sie chlopak nauczyc angielskiego, tak swoja droga. zawartosc pierwszego dvd zamyka link do strony www z bonusowym materialem. oczywiscie niedzialajacy. zatem przechodzimy do drugiego dvd.

a tam – „On An Island” w wersji 5.1 Surround. napisalem juz wyzej co sadze o tej plycie, a moze kiedys zglebimy temat. dalej: 3utworowy fragment koncertu w Londynie ’06. w „Wearing The Inside Out” pierwsze skrzypce gra Wright. poruszajacy moment… z wystepu dla AOL miesiac pozniej pochodza dwa kolejne numery, „On An Island” i „High Hopes”. najfajniej wypadaja jednak kolejne trzy kompozycje, odegranym w slynnym Abbey Road. przede wszystkim – swietnie wizualna rzecz. ruch kamer, nasycenie barw, klimat – tak powinno sie krecic koncerty. na zakonczenie 3 fragmenty jamow na slynnej gilmourowej barce. ciekawi zwlaszcza fragment, podczas ktorego gospodarz gra na… perkusji. niby wiadomo bylo, ze to uzdolniony chlopak (w „Red Sky At Night” z „OAI” gra na saxie, co widac i slychac takze na koncercie z Gdanska), ale jednak zaskoczenie.

reasumujac – naprawde swietnie wydana pamiatka cudnego koncertu. swoja droga szkoda, ze porzucono idee koncertow muzycznych legend na stoczni. ah, gdyby tak zaproszono Dylana lub McCartney’a. mmmmm….

 

najlepszy moment: HIGH HOPES

ocena: 8,5/10

Leave a Reply