Red Hot Chili Peppers – Im With You
rok wydania: 2011
wydawca: Warner
czas na najgoretsza premiera sezonu.
choc moj gust praktycznie caly czas sie zmienia, a przynajmniej przechodzi wciaz roznorakie modyfikacje, to akurat antypatii do dokonan RHCP z ostatniej dekady wciaz nie moge sie pozbyc. „Californication”, o czym juz pisalismy, troche zyskal w moich oczach z czasem, ale juz z dwoma kolejnymi albumami zupelnie nie jestem w stanie sie zbratac. i teoretycznie po odejsciu tej najbardziej zjadliwej z papryczek, Johna Frusciante, powinienem uznac zespol za martwy – przynajmniej w moim mniemaniu, bo przeciez bylo wiecej niz pewne, ze istniec beda dalej. w koncu Red Hoci to zbyt potezne przedsiebiorstwo, by moglo ono upasc poprzez byle odejscie czlonka zarzadu. a jednak singiel promujacy calosc „The Adventures Of Rain Dance Maggie” moze nie tyle co zaskoczyl, ale zaintrygowal na pewno. nie brzmialo to ani jak „By The Way”, ani tym bardziej jak „Dani California”. niby melodyjnie jak zawsze (tj od 10 przynajmniej lat), ale jednak podane w dosc malo radiowej aranzacji. siedzace ze mna w pracy w pokoju osoby narzekaja, ze jakies to dziwne takie i chyba jednak wola „Boso”. dla mnie wystarczajaca rekomendacja, by siegnac po cala plyte.
i coz, dobrze zrobilem. „I’m with you” to jedno z milszych rozczarowan muzycznych, jakich ostatnio doswiadczylem. kluczowe wydaje sie pogodzenie sie z tym, ze ta kapela juz nigdy nie bedzie grala tak jak przed „Blood Sugar…”. jesli nie wrocili do tamtej stylistyki z synem marnotrawnym Frusciante, jesli nie z jego nastepca, to juz z nikim to nie nastapi. trzeba by bylo wymienic caly sklad, co, jak sie niektorzy zapewne domyslaja, jest malo prawdopodobne. warto wiec dostrzec, ze ten redhotowy poprock jest tutaj naprawde niezle zaaranzowany, nie obraza tak inteligencji bardziej kumatych sluchaczy. dla mnie ten album duchem przypomina „Californication”, nowy start, powstanie z upadku. choc kontekst powinien bardziej kojarzyc sie z „One Hot Minute”.
co ciekawe, z pierwszych dzwiekow otwierajacego plyte „Monarchy Of Roses” uciesza sie wlasnie fani plyty nagranej z Dave’m Navarro. zgrzyt, a zaraz potem mroczne zwrotki z przepuszczonym przez efekt wokalem Kiedisa. cholera, „Warped”! zaraz potem jednak wchodzi najbardziej funkowa na calej plycie gitara puszczajaca to skojarzenie w niepamiec.
wiadomo bylo, ze jednym z tych elementow, ktore najbardziej skupia uszy sluchaczy w zwiazku z „IMW” bedzie rola, jaka odegra na plycie Josh Klinghoffer. generalnie rzecz ujmujac – chlopak zdecydowanie wyszedl z konfrontacji z tarcza. tu i owdzie czytam, ze nie ma on osobowisci, bo nie slychac jego gry. gowno prawda. zapewniam, ta gitara tu jest caly czas, choc tak wtapia sie w fakture kompozycji, ze jest prawie nie do rozpoznania. dalej nie jest to riffowanie, ale tez niewiele ma wspolnego tak z Frusciantowym melodyjkowaniem jak i generowaniem przestreczni kosmicznej rodem z gry Navarro. zamiast tego nowy nabytek lubi sobie popuszczac niemal postrockowe serpentynki czy poeksperymentowac w samych solowkach. jeszcze bardziej zyskala na jego obecnosci wokalna warstwa plyty. o ile mozna bylo miec przypuszczenia co do jego umiejetnosci gitarowych (chocby z solowek Fru i licznych goscinnych wystepow), tak kwestia zastapienia wysokich zaspiewow poprzednika wydaal sie wielka niewiadoma. i tu chlopak zaskoczyl najbardziej. bo wciaz sie zastanawiam, czy creditsy na plycie to nie sciema i czy przypadkiem zespol nie zatrudnil jakies kolezanki do background wokali. niesamowicie to brzmi – sprawdzcie chociazby „Meet Me At The Corner”. idealnie wkomponowuje sie w dosc juz zasakujace brzmienie plyty.
dla mnie ta plyta ma dwa epicentra, idealnie definiujace jej oblicze. pierwsze – „Factory Of Faith”. dla mnie oczywisty typ na singiel, bo nie pamietam tak swietnego refrenu tego zespolu od meeeega dawna. tu doprowadzaja swa poprockowa formule do perfekcji, choc oczywiscie hejterzy dalej beda rzygac – zarowno przy tej, jak i przynajmniej paru innych piosenkach („aAnnie Wants A Baby”, „Ethopia”). to moze niech siegna po drugie opus magnum „IMW”. „Did I Let You Know”. tu sie spotyka wszystko to, co pozwlalalo wierzyc w czlonkow RHCP jako muzycznych erudytow. muzyczne studia Flea, jego zamilowanie do gry na trabce, nauka gry na pianinie (choc to slychac bardziej w „Even You Brutus”?), poznawanie afrykanskich rytmow poprzez wycieczki do Czarnego Ladu (z Damonem Albarnem jako przewodnikiem), instrumentalne jamy koncertowe, moze nawet granie Pchly z Thomem Yorkiem – to wszystko tu slychac. oczywiscie dalej zdecydowanie blizej jest do Piosenki niz Eksperymentu, ale i tak czapki z glow. wydaje sie zreszta, ze po odejsciu Fru to wlasnie Flea przejal ponownie artystyczne stery. no, na pewno nie slychac tu doswiadczen Smitha w hardrockowym Chickenfoot.
Red Hot nigdy nie mieli szczescia do odpowiedniego kondensowania zawartosci swych plyt, czego najlepszym dowododem „Stadium Arcadium”. i tu tez niestety w pewnym momencie plyta traci impet i pojawiaja sie numery absolutnie nic nie wnoszace do wizerunku plyty („Police Station”, „Goodbye Hooray”, „Meet Me At The Corner”). dlatego tez znow tylko 8/10, co i tak daje najlepsza plyte od czasu „Californication”. niemniej jest sporo powodow by wierzyc, ze – idac tropem porownan do wczesniejszych albumow – znaczenie historyczne tej plyty bedzie zblizone do „Mother’s Milk”. i ze na nastepnej plycie doczekamy sie eksplozji talentu gitarzysty. facet ma naprawde potencjal ku temu.
(btw zauwazyliscie ze ani razu nie padlo w tej recezji slowo „funk”? to nie przypadek zreszta i zalecam sie przyzwyczaic w koncu do tego)
najlepszy moment: DID I LET YOU KNOW
ocena: 8/10