The Beatles – Beatles For Sale
rok wydania: 1964 (reedycja: 2009)
wydawca: Parlophone
Frances Bay, pamietna Pani Tremond z „Twin Peaks”, nie zyje. szanse na „Twin Peaks: Reaktywacja” coraz bardziej maleja.
nie wiem czy Pani Bay sluchala The Beatles. zakladam ze tak, bo kazdy dobry czlowiek musi sluchac Fab Four. to przeciez najwspanialsza kapela swiata. wiem wiem, „Slowacki wielkim poeta byl”. ale kiedy dzis sobie pomyslalem „o, siegne sobie po Bitelsow” to AUTOMATYCZNIE zrobilo mi sie tak cieplej i optymistyczniej na sercu. Mistyka. praktycznie muzyka zadnego innego wykonawcy takich odczuc we mnie nie wywoluje, wlacznie z bohaterami mlodosci typu Pink Floyd, Rage Against The Machine czy Paktofonika.
pisalismy juz o plytach Fab Four kilkukrotnie, ale nigdy praktycznie nie zajmowalismy sie wczesniejszym okresem. okresem dwuminutowek, przeplatania autorskich numerow coverami i jednolitymi fryzurkami. oczywiscie da sie to zrozumiec – problemem tych pierwszych plyt jest to, ze nie sa AZ TAK GENIALNE jak plyty od „Rubber Soul” wzwyz. ale to wciaz przepotezne melodie – taowe pisali wlasciwie od dnia zero. tyle ze z czasem nauczyli sie je rownie genialnie aranzowac.
„Beatles For Sale” powszechnie uwaza sie za krok wstecz po „A Hard Day’s Night”, o czym mialby swiadczyc chociazby fakt, ze po tamtej w pelni autorskiej plycie znow posilkowali sie cudzesami. przy opracowywaniu ktorych i tak zreszta sie nie napracowali, bo przynajmniej polowe z nich ogrywali juz na slynnych koncertaw w Hamburgu. nie zamierzam z tym polemizowac – The Beatles to zespol o tak mocarnej dyskografii, ze gdyby spytac dwudziestu fanow o ich TOP3 albumow Fab Four, zapewne KAZDY podalby diametralnie inna liste. natomiast jest pare aspektow, ktore jednak wskazuja na progres.
wezmy takie „No Reply”, ktory rozpoczyna album. zwrotki aranzacyjnie niczym nie zaskakuja. ale to wydarcie Johna je konczace – to juz bylo pewne novum. zreszta jest ono w pelni uzasadnione samym tekstem piosenki, opowiadajacym o oszukujacej podmiot liryczny dziewczynie. przesada byloby mowic o mroku, ale tak niewesolych aspektow relacji miedzyludzkich wczesniej nie poruszali. a dalej wcale nie jest optymistyczniej – zreszta tytuly „I’m A Loser” (gdzie slychac najwyrazniej Lennonowa zajawke Dylanem) czy „Baby’s In Black” mowia wszystko. w obu glownym wokalista jest Lennon (a to, jak wiadomo, sugerowalo kto bardziej ze spolki autorskiej Lennon/McCartney bardziej sie przylozyl do napisania kawalka), ale rowniez i Paul zaczal dostrzegac ciemne strony zycia, glownie tego uczuciowego. „I’ll Follow The Sun” to cudowna akustyczna miniaturka z linii produkcyjnej, ktora dala tez w przyszlosci „Yesterday” czy „Michelle”, natomiast „What You’re Doing” to muzycznie i tekstowo dosc wyrazna zapowiedz „I’m Looking Through You. dlatego tez „Eight Days A Week” i „Every Little Thing”, klimatem najbardziej nawiazujace do poprzednich dokonan, tutaj stanowia rodzynki w malo slodkim ciescie (nie mylic z zakalcem, bynajmniej!). tyle ze dla odmiany to sa instrumentalnie najbardziej progresywne kawalki tutaj. przede wszystkim ten pierwszy – moze „Revolver” to jeszcze nie jest, ale te handclapsy, orientalizujaca gitara Harrisona, nietypowe w tamtym czasie zastosowanie fade-in’u – to juz moze stanowic pewien lacznik miedzy dwoma wcieleniami Fab Four.
no tak, komplementowac mozna by jeszcze dlugo, ale obracamy sie wciaz w kregu kawalkow autorskich, ktorych tutaj jest ciut wiecej niz polowa. a jesli chodzi o te pozostale 6 coverow… co tu sciemniac – obnizaja poziom plyty. i to nie chodzi o sama ich „coverowosc”, tylko po prostu srednie wykonanie, majace niewiele wspolnego z energia przerobek z pierwszych dwoch plyt. jeszcze mozna by wybaczyc nijakosc „Honey Don’t” ze wzgledu na spiewajacego tu Ringo („rock on, George!”, boooooooss), ale po Harrisonie mozna sie wiecej spodziewac niz to co slyszymy w „Everybody’s trying to be my baby”. moze „Kansas City” czy „Rock And Roll Music” nie sa jednoznacznie zle, ale jednak na tym etapie mozna bylo sie wiecej spodziewac po chlopakach. no i gdzie tym wykonom do „Twist And Shout”…
dlatego ocena jest jaka jest, z jednym zastrzezeniem – dla liverpoolczykow mam osobna skale ocen, niedostepna dla innych zespolow. wiec 9/10 Beatlesow nie jest rowne 9/10 Innego Wykonawcy, ok?
(watek dla gadzeciarzy – jak w przypadku kazdej innej reedycji plyty Fab Four z ’09, tak i tutaj mamy krotki filmik o plycie. zdecydowanie ciekawszy wizualnie niz tresciowo, choc moze beatlesowi laicy jakies info dla siebie stad wyciagna)
najlepszy moment: EIGHT DAYS A WEEK
ocena: 9/10