rageman.pl
Muzyka

Outkast – ATLiens

rok wydania: 1996

wydawca: LaFace

 

jedyny sensowny wybor na dzis i reszte zycia – Muzyka.

kurde, nigdy o Outkascie tu nie bylo? to nadrabiamy. troche lat minelo i pamiec juz nie ta, ale wydaje mi sie ze w pewnym momencie Outkast byl Najwiekszym Hiphopowym Zespolem Swiata, biorac pod uwage tak aspekt komercyjny i artystyczny. a bylo to gdzies w okolicach arcyprzekurwagenialnego singla „Hey Ya”. zajawka na Andre i Bog Boi’a byla owszem sluszna, ale jednak ciut spozniona. jak zwykle zreszta. bo panowie juz w poprzedniej dekadzie szerzyli muzyczne bossostwo. jak na drugiej plycie zwanej „ATLiens”. nie moglismy sie pare dni temu nadziwic, ze Nas nagral „Illmatica” w wieku 20 lat. w momencie wydania „ATLiens” duet z Atlanty byl rok starszy, a przypominam – to juz byl ich drugi album. nie ogarniam tego, ja w ich w wieku sluchalem poznego Korna, pilem belty i pisalem „jush” zamiast „juz”. czy to oni sa geniuszami czy ja opozniony w rozwoju?

fakt, sa opinie twierdace, ze to „Aquemini” jest ich opus magnum. ale juz na „ATLiens” pokazuja, ze przypisywanie ich do jakiejkolwiek sceny rapowej jest uwlaczajace. owszem, mozna wrzucic to do szuflady alternatywnego hiphopu. owszem, dzieki nim swiat uswiadomil sobie, ze rap tworzy sie nie tylko w NY i LA. ale ci kolesie, jak to sie ladnie mowi, graja we wlasnej lidze, na podobnej zasadzie co Beastie Boys. jest hiphop i jest Outkast.

tyle jesli chodzi o pobiezne ogarniecie zajebistosci zjawiska. a samo „ATLiens”? kosmiczna otoczka (na debiucie probowali lekko gangsterzyc), stanowiaca koncept na ktory sklada sie tak muzyka jak i grafika (ksiazeczka-komiks, zreszta okladka tez w konwencji). w kosmosie, jak wiadomo, oddychac idzie nie za bardzo i tu jest podobnie – aranze tworza tak gesty klimat, ze odsluch calosci przypomina pobyt w saunie, o tyle nietypowej ze zamiast oparami wodnymi wypelnionej dymem marihuanowym. przyjemna wizja? i tak przyjemna jest takze „ATLiens”. inhalujemy te mieszanke rapu, soulu, funku, jazzu, trip-hopu (naprawde wyobrazam sobie „Elevators” coverowane przez Morcheeba, a nawet Portishead) i popu – choc to ostatnie nie nadaje kawalkom tak hiciarskiego sznytu jak tworczosci lat pozniejszych.

highlighty? juz otwarcie umozliwia spotkanie z Absolutem. „You May Die” to prawdopodobnie jedna z najpiekniejszych rzeczy w kategorii „intro”. w ogole slowo intro, pfffffff, obraza! chyba juz nigdy nie zrozumiem, dlaeczo czegos tak cudownego nie rozciagnieto do wymiarow normalnej kompozycji. juz takze te pierwsze sekudny puszczaja wyrazny sygnal, ze bogactwo dzwiekow bedzie dotyczyc tak instrumentarium, jak i wokaliz. zenskie, meskie, anonimowe, jak i generowane przez celebrytow pokroju Cee Lo. i po czesci tez przez Andre, choc na wysokosci tej plyty byl on jeszcze przede wszystkim raperem. ktorego pojedynki na wersy z Boi’em to takze byla czysta zajebistosc, o czym pamiec mogla sie poprzez „Speakerboxx/Love Below” lekko zatrzec.

jedno slowo – Klasyk. choc… nie wiem, czy to starosc czy skrzywienie wywolane empetrojkozacja spoleczenstwa sluchaczy, ale nie moge sie pozbyc wrazenia, ze pare numerow mozna by wyrzucic z cedeka dla lepszej esencjonalnosci. tyle tylko, ze zupelnie nie mam pojecia, ktore to mialy by byc numery.

 

najlepszy moment: ATLIENS

ocena: 8,5/10

Leave a Reply