Frontside – Zniszczyć Wszystko
wydawca: Mystic
Cztery lata po kontrowersyjnym „Absolutusie” (w międzyczasie była jeszcze „Teoria Konspiracji” oraz wspominkowe „Korzenie”) widzimy się w miejscu będącym chyba jednak jedyną słuszną lokalizacją dla Frontside, choć nie chcę tymi słowami odbierać im prawa do artystycznych poszukiwań. O zatoczeniu koła nie powinno być tu mowy, ale faktem jest, że znów słychać tu zespół, jaki podbijał serca polskich słuchaczy na przełomie wieków, jeszcze z Astkiem na wokalu.
Mowa oczywiście w poprzednim akapicie o nieszczęsnych melodyjnych refrenach, a właściwie o ich braku. Panowie najwyraźniej doszli do słusznego wniosku, że bilans zysków i strat związany z uprzebojowieniem swej muzycznej oferty jest raczej niekorzystny i postawili jednoznacznie na metalową masakrę gitarą elektryczną. Można spojrzeć na to nowo-stare oblicze też inaczej (ok, z perspektywy nie tyle sceptyka, co złośliwca) – jako przyznanie się do porażki, jaką było porwanie się na pisanie chwytliwych melodii. Jakikolwiek by punkt widzenia na dotychczasowe doświadczenia nie przyjąć jedno jest dla mnie pewne – dzięki „Zniszczyć Wszystko” Frontside znów jest na fali wznoszącej. Być może nawet najwyższej w całej ich 20-letniej karierze.
W wywiadzie dla „Teraz Rocka” Demon (gitarzysta, współzałożyciel, a razem twórca całej muzyki i tekstów Frontside) wyznał, że pierwszą rzeczą, jaką powstała na potrzeby tej płyty to… tytuł. I można niejako rzec, że słychać to tu doskonale. Bo ta płyta, hm, rzeczywiście niszczy, w pozytywnym tego słowa znaczeniu (osoby nie będące fanami zjawiska zwany muzyką metalową proszeni są o odpuszczenie sobie podśmiechujków). Na pewno brzmieniem, wreszcie nie ustępującym zachodnim standardom w tym gatunku (rzecz o tyle ciekawa, że płytę nagrywano nie inaczej i nie z kimś innym niż dotychczas). Ale i treścią, może i będącym przeglądem tego co gra się w Stanach i co klasyfikuje się jako New Wave Of American Heavy Metal (tym razem „szwedzkie” inspiracje jakby w odwrocie), ale odbierajmy to raczej jako trzymanie ręki na pulsie aniżeli naśladownictwo. Co mnie osobiście najbardziej cieszy to znów bardziej słyszalne inspiracje hardcorem – nie tylko rozumianym jako gatunek muzyczny, ale i w szerszym, kontrkulturalnym znaczeniu. Najlepszym przykładem „Granice Rozsądku” – w warstwie dźwiękowej będącym encyklopedycznym niemal przykładem zmetalizowanego hc, w tekstowej zaś krytyką mediów, mocno bezpośrednią acz nie odbiegającą od standardów nurtu. Typowa dla Frontside tematyka religijna ostała się praktycznie tylko w zamykającym całość „Nie Ma We Mnie Boga”, a i tu osadzona jest w głębszym, socjologicznym kontekście. Swoją drogą, słychać tu całkiem nietypowy, jakby „zrozpaczony” wokal w refrenie.
Śpiewów mimo wszystko nie zabrakło. Tym razem nie tylko jednak dawkowane są one z rozsądkiem, ale i moim zdaniem z lepszym wyczuciem. Inne eksperymenty? ” Z zimną krwią” otwiera gitara akustyczna… i tyle. W kontekście ilości nietrafionych pomysłów na „Absolutusie” dla mnie to dawka wystarczająca.
Być może panowie znów zaproponują coś, co, delikatnie rzecz ujmując, podzieli fanów. Ale perspektywa nowej płyty dawno nie była tak intrygująca jak po „Zniszczyć Wszystko”.
najlepszy moment: GRANICE ROZSĄDKU
ocena: 7/10
