rageman.pl
Muzyka

Riverside – Rapid Eye Movement

REM_coverrok wydania: 2007

wydawca: Mystic

 

A skoro mowa wczoraj była o Riverside…

I właśnie tutaj w najbardziej okazały sposób wyłazi na wierzch problem, jaki sygnalizowałem przy wczorajszym omówieniu płyty Votum, dotyczący mojej nadmiernej pobłażliwości i wyrozumiałości, zwłaszcza dla polskich bandów. Bo jeśli „Rapid Eye Movement” jest płytą nieporównywalnie lepszą od „Metafiction” (która z kolei była wyraźnie lepsza od „Days” Petera Pana), to logicznym jest, by ocenić ją odpowiednio wyżej. Czyli przynajmniej na 7,5/10, skoro tamta otrzymała „siódemkę”. 7,5/10 w moim odczuciu to już jest ocena dość wysoka, którą zgarniały płyty Toma Waitsa czy Leonarda Cohena. Nie ukrywam, trochę moje poczucie estetyki buntuje się przeciwko umieszczeniu wszystkich tych płyt na tej samej półce.

Stając jednak na wyżynach obiektywizmu trzeba postawić sprawę jasno – „Rapid Eye Movement” to produkcja klasy światowej. Może niekoniecznie w brzmieniu (do „żylety” ciut jednaj brakuje), ale na pewno w każdym innym aspekcie. Jest to recenzja płyty Riverside i wypadałoby tylko na tym zespole się skupić, trudno jednak uciec mi od porównań ze wspomnianym dziełem Votum. Nie muszę dodawać, na czyją korzyść wypada to porównanie. „Rapid Eye Movement”, będący zwieńczeniem trylogii zapoczątkowanej debiutanckim „Out Of Myself”, to rzeczywisty, nie deklarowany w wywiadach, ogrom inspiracji, wielowarstwowość brzmienia, misternie złączone wątki, czasem z zupełnie nierockowych historii. A jednocześnie czytając wywiady z Dudą i spółką nie zauważyłem spinania się na jakąś ponadgatunkowość, uciekanie od bycia szufladkowanym. To chyba też kwestia zrozumienia dla muzycznego biznesu – dziennikarz/recenzent musi dać twemu zespołowi jakieś łatki, by ułatwić czytelnikowi zrozumienie tego, o czym się do niego mówi. Uwierają cię te łatki – odrywaj je na płytach, nie wywiadach.

Ok, wracając do sedna… Także tutaj, gdyby się uprzeć, można by powołać się na nazwy Porcupine Tree, Opeth czy Dream Theater (choć ci ostatni mają obleśny pociąg do heavy metalu, którego u Riverside nie dostrzegłem). Duda & co. zrobili tu jednak wszystko, by taki namechecking świadczył o ograniczonej znajomości tematu recenzenta. W moim przypadku to zresztą prawda, żadnym ekspertem od prog rocka/metalu nie jestem, i dlatego na myśl, zwłaszcza słuchając np. „Parasomni”, przychodzi mi przede wszystkim późny Tool (głównie w warstwie wokalnej). A to dość duży komplement z mojej strony.

A przecież, jak zostało powiedziane, naprawdę godnych wyróżnienia brzmień jest tu naprawdę sporo. „Schizophrenic Prayer” z jednej strony przesycony jest orientalizmami, ale też w swych najdelikatniejszych momentach ewokuje spokojniejsze oblicze Depeche Mode z ostatnich płyt. Wcześniejszy o jeden indeks „02 Panic Room” zaczyna się niemal cytatem z „Army Of Me” Bjork i mechaniczne tempo nie oddelegowuje tego skojarzenia. No i jest jeszcze „Ultimate Trip” – najdłuższy, a co za tym idzie najbardziej pokomplikowany. Są tu lepsze (dynamiczny początek, szeptany fragment) i gorsze momenty, cały czas jednak jest tu obecny sens. Zarówno tu, jak i w każdym innym numerze nie ma się wątpliwości, że ta kanonada dźwięków wynika z potrzeb zgłaszanych przez same kompozycje, a nie ambicji muzyków. Co, niestety, takie oczywiste na polskim prog poletku nie jest.

Jak wynika z rozmaitych rankingów, większość słuchaczy była ukontentowana „REM”. Mi osobiście brakuje jednak większej chwytliwości w tym wszystkim. Nie mówię o przebojach, bo nie to jest solą tego gatunku – zresztą jeden „Conceiving You” wystarczy. Ale płyty takiego Toola, Mastodona czy Mars Volty aż skrzą się od hooków. Skoro, jak mniemam, Riverside aspiruje do grona tych czołowych „poszukiwaczy”, a nie jedynie forpoczty polskiego rocka progresywnego, to należy ten ubytek odnotować. Chociaż… są tu przecież „Through The Other Side” i „Embryonic”. Dwa cudowne, akustyczne fragmenty (ten drugi ma smutek niemal… Radioheadowy). Ze względu na bliskie zestawienie na płycie trochę umniejszające sobie nawzajem siłę rażenia, ale i tak tymi ośmioma minutami dystansują całą krajową konkurencję.

Czyli jednak, jak wynika z powyższego, ocena 7,5/10 byłaby w pełni zasłużona. Pozwoliłem sobie jednak odrobinę ją uszczuplić. Staram się oceniać płyty tylko na podstawie zawartej na nich muzyki, w tym przypadku nie mogę sobie odmówić pewnej złośliwości. Bo moim zdaniem lepiej jest swoją muzyką „wylizywać dupę proboszczowi” aniżeli dorabiać graniem na płytach zespołów dość wątpliwych ideologicznie (i nie mowa o jednym odosobnionym przypadku) i jeszcze tłumaczyć się byciem wrobionym. Nazistowski smrodek niestety dość długo potrafi się ciągnąć za muzykiem, więc warto było bardziej zdecydowanie się od niego odciąć, Panie Mitloff.

 

najlepszy moment: THROUGH THE OTHER SIDE

ocena: 7,4/10