Freddie Gibbs – Str8 Killa No Filla
wydawca: DIY
o jak fajnie, rapsy znow.
wczoraj wzmiankowalismy o Freddie Gibbsie, czas by dodac kolezke do naszej recenzenckiej rap-kolekcji w pelnym wymiarze. robimy to w czas- z jego nazwiskiem wiaze sie coraz wieksze nadzieje, wiec dokladam cegielkie do blogosferowego hajpu.
omawiamy dzis przedostatni z mixtape’ow (a wlasciwie jego wybrakowana wersje – by dostac reszte trackow, trzeba najpierw zakupic EPke „Str8 Killa”). dosc schizofreniczny to material, przysparzajacy sporo problemow w caloscowej jego ocenie.
bo pierwsza polowa to taki rap srodka. mainstream w jego przeroznych odmianach – syntetycznej („In My Hood”), slodko rnb-pierdzacej („P.S.A.”), gdzieniegdzie i crunk sie wdziera. srednia mixtape’owa, ktorej nie pomaga sam gospodarz – ktory rapowac umie, ale chyba na czolowke rap-extraklasy szans nie ma. material bez historii…
… do pewnego jego momentu. bo gdzies na wysokosci „Best Friend” zaczynaja sie dziac dziwne rzeczy. a im dalej w las, tym coraz wieksze ma sie wrazenie obcowania ze splitem dwoch roznych raperow. fajne, a nie fajansiarskie soul zaspiewy (wlasnie „Best Friend”), przepyszne jazz fusionowe sample (trzeba bedzie wrocic do Johna Scofielda, bo ta gitara w „Crushin’s Feelin'” brzmi zbyt znajomo), bity jakich nie powstydzil sie Dj Premier („Goon Shit”). kropke nad i w tej przedziwnosci stawia ostatni na mixtejpie „Slangin’ Rocks”, w ktorym odpowiedzialny za podklad Speakerbomb wyrasta na nastepce tronu po Quincy Jonesie. zaginiony murzynski klasyk!
nie rozumiem o co chodzi z ta bipolaryzacja materialu. zatem niech bedzie 7,5/10. akurat pierwsza polowka jest na nie wiecej niz „7”, druga to conajmniej „8”.
najlepszy moment: SLANGIN’ ROCKS
ocena: 7,5/10
