Queens Of The Stone Age – Songs For The Deaf
wydawca: Interscope
wspominalem juz o tym, ze jestem muzycznym schizofrenikiem? troche mi w tej glowie glosow siedzi, ale glownie role odgrywaja dwie: rockmanska i hiphopowa. kiedy za dlugo slucham gitar to zaczynaja mnie one meczyc swym halasem i potrzebuje czegos bujajacego. i odwrotnie – po tych wszystkich mikstejpach i Girl Talkach znow zatesknilem za tzw rockowym lojeniem. a ktoz moglby mi lepszego dostarczyc niz Queens Of The Stone Age? uzupelniamy omowienie studyjnej dyskografii o ostatnia brakujaca pozycje.
trzeci w kolejnosci „Songs For The Deaf” uchodzi za ten album, ktory katapultowal ekipe Homme’a do statusu rockowych gwiazd. na pewno pomogly w tym dwa czynniki. pierwszemu z nich na imie Dave Grohl. coz, nie ma co ukrywac, ze Foo Fighters a przede wszystkim Nirvana, z ktorymi ten pan byl zwiazany, to zdecydowanie inna skala popularnosci. z drugiej jednak strony – tez wielkich zaslug bym mu nie przypisywal, jesli chodzi o rozpropagowanie marki QOTSA. zadnych wlepek na plycie informujacych o jego udziale w nagrywaniu plyty, laczonych tras QOTSA/Foo Fighters czy tez innych marketingowych zabiegow. ot, traktowanie tak jak kazdego innego czlonka zespolu – jakim zreszta stal sie na pewna chwile. inna sprawa, ze Grohl zaslugiwalby na szczegolne traktowanie – bo naprawde odwalil kawal dobrej roboty na tej plycie. tym mocniejsze propsy, ze poza paroma momentami („Song For The Dead” np) naprawde nie jest to wychylajaca sie, a jednak wciaz kapitalna robota perkusyjna. i gdyby na horyzoncie nie pojawil sie Joey Castillo, to naprawde mozna byloby zalowac, ze finalnie Grohl znow postawil wylacznie na Foo Fighters.
drugi czynnik tez ma swoja oficjalna nazwe – „No One Knows”. co tu duzo mowic – juz teraz Rockowy Klasyk. niby banalnie prosty w budowie, bo sam fundament perkusyjno-gitarowy jest banalny wrecz. ale jakie cuda postawiono na tym fundamencie! ten numer jest tak klasycznie wyrzezbiony, ze az nudny w tej perfekcyjnosci. ciezko zliczyc, ile razy mialem z nim stycznosc, czy to jako sluchacz czy tez tzw dj… fakt jest jednak taki, ze na nawet najbardziej mocarny muzycznie kawalek mogloby niewiele osob zwrocic uwage, gdyby nie pomoc promocji. a akurat sie zlozylo, ze za genialnym kawalkiem poszedl rownie bossowski (wizualnie, ale tez… humorystycznie) teledysk, do ktorego chetnie przytulilo sie MTV…
ok, ale my tu rozmawiac mielismy o Muzyce, a nie nazwiskach czy teledyskach. tyle czy da sie wiele o niej powiedziec w sumie? w porownaniu z rozpasanym „Rated R”, „SFTD” sprawia wrazenie powrotu do wytycznych, jakim kierowano sie przy tworzeniu debiutu. czyli zwarty sklad (Homme-Oliveri-Grohl plus Mark Lanegan jako pelnoprawny czlonek) zamiast zonglowania skladem co piosenke, a co za tym idzie – mniej tu brzmieniowych kombinacji, wypartych przez tradycyjne rockowe dokladanie do pieca. co dziwi, biorac pod uwage konceptualnosc albumu (calosc pomyslano jako jedno wielkie sluchowisko radiowe, wsrod prezenterow m.in. Twiggy Ramirez czy tez Chasey Chaos z Amen). ciezko wyrokowac, czy cokolwiek daloby ponowne pozapraszanie kilkudziesieciu muzykow, jednak ten minimalizm nie przekonuje mnie az tak niestety. troche zbyt jednowymiarowe to wszystko, choc w swojej kategorii wciaz mocarne (helou, mowimy o jednej z najlepszych kapel nowego wieku). pewnie, kazdy kawalek ma jakis „smaczek”, mniejszy lub wiekszy. ale tylko sliczny, akustyczny „Mosquito Song” lsni calkowicie unikalnym blaskiem.
de facto tym, co roznicuje te kawalki jest wokal. niby w statystykach rzadzi Josh Homme, ale to Oliveri i Lanegan odgrywaja prawdziwie pierwszoplanowe role wokalne. i jak mozna sie domyslec, to kto stoi w danym kawalku przy mikrofonie decyduje o jego charakterze. Oliveri – wiadomo, punk, wscieklosc, schiza („You think I Ain’t…”, „Six Shooter”), ale z drugiej strony – ujmujace poprockowe niemal granie, kruszace serca niewiast w rownym stopniu co „Auto Pilot” z poprzedniej plyty („Another Love Song”, „Gonna Leave You”). kiedy jednak trzeba, by piosenka wprowadzila klimat przez duze K – rozmarzony, moze nawet psychodeliczny, nie ma innej opcji niz Lanegan. choc akurat w drugim po „NOK” opus magnum plyty, przerazajacym „A Song For The Deaf” (te dzwieki w tle – Moj Boze, „Echoes” wysiada) spiewa Homme.
naprawde uwielbiam te kawalki z osobna, ale jako calosc ten album jawi mi sie jakos tak najmniej charakternym w calej Queensowej dyskografii. niemniej i tak serce me roscie kazdego dnia, ze jednak ujrzal on swiatlo dzienne.
(2 ciekawostki: pierwsza – na brytyjskim wydaniu albumu znajdziemy dodatkowo cover The Kinks „Everybody’s Gonna Be Happy”, tyle sympatyczny, co jednak bez wiekszej historii; druga ciekawostka – jak ktos lubi ukryte dzwieki, to niech sprobuje zrobic rewind tuz po starcie plyty)
najlepszy moment: NO ONE KNOWS
ocena: 7,5/10
