Shawty Lo – I’m Da Man Pt. 3
wydawca: DIY
Koniec rumakowania, czas znów na rapsy.
Shawty Lo, jak zapewne się domyślacie, to kolejny reprezentant Południa. Pomimo słusznego jak na rap grę wieku (rocznik ’76) do mainstreamu się przebił dopiero w 2005 roku, kiedy to wydany został jedyny album jego efemerycznego składu D4L. Trzy lata później rozpoczął solową karierę za sprawą „Units In The City” i od tego czasu czekamy na kolejny ruch na legalu – ponoć już w tym roku za sprawą 50 Cent’owego G-Unit. W międzyczasie była seria mikstejpów, beef z T.I. i niezrealizowany projekt reality show, w którym główne role poza samym Shawty Lo miały odgrywać jego ekhm jedenaściorga potomstwa. Każde z, uwaga, inną kobietą. Taki koleś.
Człowiek ciekawszy niż tworzona przez niego muzyka, choć na „I’m Da Man Pt 3” dramatu też nie ma. Ot, dokładnie takie dźwięki jakich można było się spodziewać z tego rejonu stylistyczno-geograficznego. To co może wyróżniać ten mixtape to większa smykałka do melodii, czasem naprawdę wpadających w ucho („Comes & Goes”) i to niekoniecznie w jakiś upierdliwy sposób. Jasne, autotune’a tu aż zanadto. Jasne, sama próba stosowania melodii nie musi od razu być przepustką do krainy propsami płynącej. Ale dające się zanucić refreny to wciąż nie tak oczywista sprawa w trapie, zatem doceniamy. Odnotujmy też całkiem a-list’owe featuringi (Lil Wayne w „WTF”, Soulja Boy w „Ringtone” i przede wszystkim „ATL” z udziałem Gucci Mane’a, Ludacrisa i The-Dream’a) i możemy zamknąć temat.
najlepszy moment: YEAH
ocena: 7/10
