Jhené Aiko – Sailing Soul(s)
wydawca: DIY
ok, jednak we wtorek nie byla to osttania notka przed swietami. ale ta juz na pewno bedzie.
pamietacie te cudowna niewiaste, ktora czarowala glosem (i wygladem – check teledysk, OMG OMG OMG) w „Fantasy” Schoolboy’a? wrocmy do tej postaci.
Jhene Aiko, bo o niej oczywiscie mowa, ma dosc podobny zyciorys artystyczny do takze niedawno tu omawianej Jojo. obie wywodza sie ze sceny teenpopowej (Jhene zaczynala juz w wieku 14 lat u boku boysbandu B2K), by w pewnym momencie uwolnic sie z obciachowego, choc calkiem wygodnego komercyjnie jarzma i postawic na ciut ambitniejsza, moze nawet na swoj sposob ryzykowna odmiane popu. obie kolezanki przyplacily to niestety wiecznym oczekiwaniem na premiere swoich fonograficznych ponownych narodzin (choc niby w przypadku naszej dzisiejszej bohaterki przyszlosc jawi sie w ciut jasniejszych kolorach – w mijajacym roku podpisala deal z prestizowym labelem Def Jam). pewnym zadoscuczynieniem dla fanow – a niejako i dla siebie samych – maja byc mixtape’y, jakimi dziewczyny nas uraczyly na przelomie 2010 i 2011 roku.
ok, darujmy sobie dalsze analogie i skupmy sie wylacznie na „Sailing soul(s)”. jak zostalo to wspomniane, kolezanka Jhene chce robic za powazna artystke. i choc miewam watpliwosci, czy ta nowoczesna odmiana r’n’b rzeczywiscie wciaz moze robic za powazna stylistyke, to trzeba przyznac, ze dosc do twarzy jej z takim brzmieniem. powolny, niemalze intuicyjny puls, atmosferyczne dzwieki szczelnie wypelniajace mimo wszystko dosc proste (bynajmniej nie oznacza to banalu) konstrukcje kompozycji – producenci podkladow robia jej tu idealne warunki do czarowania swym na w poly kobiecym, na w poly dziewczecym, ale zawsze ujmujacym (choc niekoniecznie rozerotyzowanym – to jedyny aspekt, ktory rozni wspomniany „Fantasy” od zebranego tu materialu). choc nie celuje ona w stratosfere wokalna firmowana przez chociazby Beyonce, to chocby takie „You vs Them” pokazuje, ile energii ta dziewucha wklada w spiew. i chyba to jest najwiekszy walor tego wydawnictwa.
bo ta monolitycznosc soundu jednoczesnie imponuje, co i jednak, przy takiej dawce, troche potrafi znudzic. niby liczba powtykanych urozmaicen aranzacyjnych (Lavigne’owy „Popular”) czy, nazwijmy to, personalnych (m.in. Drake, choc akurat „July” traci imho lekkim fajansiarstwem) nie pozwala wybrzydzac, a jednak ciezko jarac sie tym materialem tylko dlatego, ze brzmi inaczej niz to, co na codzien jest nam serwowane w radiu jako r’n’b. pomijam juz nawet „dyskusyjna” przebojowosc (ok, bez uefemizmow – po prostu jej prawie nie ma). to moze robic za paradoks w sumie – czlowiek sie cieszy, ze brzmi to inaczej niz hity Rihanny czy Kate Perry, a i tak koniec koncow wroci do sluchania „Hot N Cold” czy „Man Down”…. hej, przeciez „Man Down” tez ma zajebiste brzmienie!
jeszcze raz: Wesolych!
najlepszy moment: SPACE JAM
ocena: 7,5/10, jednak
