rageman.pl
Muzyka

Czechoslovakia – Made In

rok wydania: 2012

wydawca: DIY

 

No i mamy historyczną pierwszą zrecenzowaną płytę z 2012 roku, ta-daam!

Teraz to się mogę tylko cieszyć, ale początkowo ten album narobił mi rozterek. Otóż jest to kolejna opcja typu „Cześć, zrecenzowałbyś?”. Sprawa była o tyle skomplikowana, że z propozycją wyszedł Adaho, z którym już jednak troszkę się znamy. Jak już wielokrotnie wspominałem, nie do końca wierze w obiektywną ocenę muzyki, jednak tutaj mielibyśmy już do czynienia ze skrajnym przypadkiem subiektywizmu. I co zrobić? Odmówić? Nie wypada. Udawać, że nic mnie z nazwą Czechoslovakia nie łączy? Też bzdura, bo jakby ktoś się postarał to odnalazłby powiązania natury personalnej, chociażby w recenzji Gars’ów, w których Adam też gra. I tak mi te rozkminy zaprzątały głowę, dopóki nie przesłuchałem albumu. Odetchnąłem z ulgą. Ta płyta jest naprawdę spoko.

To że Adam podpisze się pod taką płytą było pewne, jak to się mówi na warszawskich blokowiskach, jak techno w Trendzie. Wystarczyło przypomnieć sobie co grał przez długi czas z kompanami jako Ćma. Jak również zauważyć, że zmiana nazwy z The Gars na G.A.R.S. nie wynikała tylko z estetycznych pobudek. 3miejscy bywalcy koncertów być może pamiętają czasy, kiedy jeszcze bez Piołuna na wokalu panowie grywali supporty przed Ścianką czy Psychocukrem, a sami wrzucali się do szufladki noise-rock. Hardcore-punku wtedy nie było ani grama.

Nie twierdzę, że Adam nie realizuje się w obecnej stylistyce Gars’ów. Przeczuwałem jednak w kościach, że prędzej czy później zaproponuje coś w bardziej, nazwijmy to, lajtowym klimacie. I oto jest. Nie jako Ćma, ale Czechoslovakia to też nie taka nowa nazwa. Ale chyba dopiero teraz ma szansę wyjść poza lokalne granice.

Czechoslovakia w obecnym kształcie tu duet, co stanowi tylko pozorne ograniczenie. Chłopaki (poza Adamem w składzie jest także Paweł Strzelczyk) to ogarnięte muzycznie chłopaki, więc poza wiosłami mnóstwo tu ozdobników typu sample, cymbałki, muśnięcia elektroniki. Choć rytmu nadaje głównie programowany beat, to parę razy pojawia się również żywa perkusja. Panowie w notce prasowej powołują się na Ściankę i Starzy Singers, co mimo oczywistego faktu, iż nie jest to jeszcze ta sama półka jakościowa, to całkiem niezły trop skojarzeń. Osobiście pokusiłbym się o refleksję, że całość całkiem nieźle wpisuje się w trend wyznaczany przez takie kapele jak Muzyka Końca Lata czy Nerwowe Wakacje, których tkanka muzyczna jest inspirowana zarówno polskim, swojskim rockiem, jak i amerykańskim indie (u Czechoslovakii, uczciwie rzecz ujmując, dominuje jednak lo-fi granie, choć gitary dość często wyrażają tęsknotę za rockerką w postaci mocniejszych riffów czy nawet mini-solówek), a teksty są zdominowane przez nostalgię i sentyment za latami minionymi. Muszę jednak też szczerze zauważyć, że teksty Czechoslovakii nie mają jednak tak poetyckiego wydźwięku jak u dwóch wspomnianych kapel i tam, gdzie jedni będą dostrzegać geniusz prostoty i przewrotność (mój ulubiony fragment: „Obrałem ziemniaki na obiad/Obrałem w życiu cel/Muszę słodzić mniej”), inni dostrzegą banał przez duże B.

Dość spory problem mam też z warstwą wokalną płyty. Co tu dużo mówić – chłopaki nie urodzili się śpiewakami. Można docenić wyrażany w notce prasowej dystans do tego faktu i zgodzić się, że uczestnicy X-Factora by tu nie pasowaliby. Nie da się nie zauważyć jednak, że wokale chłopaków nie nadążają za bogactwem aranżacji. Tam, gdzie liryczność aranżacji (vide singlowy, naprawdę ujmujący „Wakacyjny”, choć tutaj ten śpiew ma swój specyficzny urok) sugeruje równie nastrojowy wokal, nie ma kto tak zaśpiewać. Takie delikatniejsze oblicze dominuje na płycie, natomiast zdarzają się też fragmenty z zupełnie innej, bardziej rockowej (nawet rockandrollowej – Pulp Fictionowy niemal „Tsunami”) bajki. Najlepszym przykładem świetny „Korpo”, z brzmieniem zdominowanym przez niemal industrialny beat i wyraźnym basem. Tu też panowie pokusili się o trochę odmienną, bardziej buntowniczą tematykę tekstu, co wręcz prosiłoby się o wokal z powerem. Niekoniecznie od razu Piołunowym (który zresztą album wyprodukował i którego efekt pracy naprawdę można pochwalić), ale jednak coś bardziej porywającego niż to, co w końcu słyszymy w wersji finalnej. Co ciekawe, momentami pobrzmiewa to Radiem Bagdad, jednak trudno nie zreflektować, że Sielak pociągnąłby temat, że tak powiem, z zamknietymi oczami. Doceniam szczerość jaka bije z tych wokaliz, mogę przyjąć zasadę taką jak w rapie, czyli „sam napisałeś, to sam zarapuj”, niemniej trudno oprzeć się wrażeniu, że na lepszym wokalu tylko by te piosenki zyskały.

Parę razy słyszałem, że te moje 7,5/10 to recenzencki konformizm i brak odwagi na bardziej radykalną ocenę. Ale nic nie poradzę, że tu taka ocena idealnie pasuje. Pomimo wspomnianych wad wstydu zdecydowanie nie ma i można iść z taką płytą dumnie w Polskę, mieszając trochę szyki krajowej indie sceny. Przy okazji może inni dostrzegą to, czego ja nie potrafiłem zauważyć.

 

najlepszy moment: WAKACYJNY

ocena: 7,5/10

Leave a Reply