Sticky Fingaz – Decade: „…But Wait It Gets Worse”
rok wydania: 2003
wydawca: D3 Entertainment
Ahhhhh, tego mi brakowało. Konkretne, hardkorowe rapsy. Sticky Fingaz, bring it on!
Pewnie każdy miłośnik rockowo-rapowych kolaboracji kojarzy hit „Slam” z kultowego soundtracku do „Judgement Night”. Track ten popełnił hardcore’owy Biohazard wraz z ziomkami z NY działających pod szyldem Onyx. Panowie rządzili ulicznym rapem przez całe lata 90te, jednak nowy wiek przyniósł znaczny spadek notowań na rynku, przez co każdy z członków poszedł w swoją stronę. Jeden z nich, Kirk Jones AKA Sticky Fingaz, to nawet w dwie strony uderzył, realizując się jako jako muzyk i aktor jednocześnie. My prowadzimy tu bloga muzycznego, więc pochylimy się nad pierwszą z dziedzin jego działalności.
Po debiutanckiej solówce „Blacktrash” Sticky spróbował ponownie zatrzęść fundamentami rap gry wydanym w ’03 „Decade”. Niestety za sprawą wydania albumu w niszowym labelu płyta przepadła komercyjnie, na dodatek spotkała się ze znacznie chłodniejszym przyjęciem wszelkich oceniaczy muzycznych. I to drugie akurat trudno mi zrozumieć. Oczywiście ani przez moment trwania płyty nie ma wątpliwości, że o wybitnym wydawnictwie mowy być nie może. Ale czy czegokolwiek, poza oczywiście pierwiastkiem wybitności, tej płycie brakuje? Nie.
Są dobre podkłady? Są, nie tylko zresztą dobre, ale i różnorodne. O hitach trudno w tym wypadku mówić, ale sporo tracków stąd („What Chu Here For”, „Hot Now” chociażby) mogłoby walczyć o atencję w ramówkach telewizyjno-radiowych. Zaskakująco sporo jak na zawodnika legitymującego się hardkorowym rodowodem. Jakby tego było mało, nawet r’n’b się wdarło, z refrenami wprost wyjętymi z ust Ushera („Bad Guy”, „No More”). Na szczęście główny bohater nie zapomniał skąd się wywodzi i zaproponował parę ulicznych historii („Another Niguh”, „Get Smashed Up”), czasem o horrorcore’owym wręcz posmaku („Shot Up”, „Suicide Letter”). Dla dopełnienia obrazu jeszcze mamy tu parę perełek. „Can’t Call It”, który można by posądzić o bycie zrzyną z „Candy Shop”, gdyby nie to, że 50 Cent stworzył swój hit parę lat później. HMM. Dalej: „Girl”. W wikipediowym opisie płyty nie ma nic o produkcyjnym udziale The Neptunes, ale przecież bogactwo aranżacyjne (ten sax’ik!!!!) tego kawałka, nawet wokal w refrenie… Nie no, jeśli nie stał za tym Pharrell i spółka, to szacun za perfekcyjną imitację. A już totalnie rozwalił mnie „I Don’t Know”, z refrenem wyśpiewywanym przez… chór dziecięcy. Ok, Jay-Z patent przerabiał, ale jednak efekt totalnie mnie rozjebał, zwłaszcza w połączeniu z siarczystymi wokalami SF i jego zioma z Onyx’u, Fredro Starra.
Właśnie. DObra rap płyta powinna mieć też dobre rapy. I tu są. Może Sticky to nie charyzma Nas’a czy Snoop Dogga, ale chłopak ewidentnie wie o co w tym wszystkim chodzi (czyli jakby ktoś nie wiedział – koks, dziwki i szacunek ludzi ulicy). A gdyby jego osoba zaczynała nam się przejadać, na odsiecz idą goście. Głównie undergroundowcy, chociaż na liście płac znalazł się Omar Epps (także raper walczący ostatnimi czasy na planach filmowych, ostatnio w „Housie”), a nawet… Missy Elliot. Choć tu akurat ciężko się połapać, czy to powtarzanie tytułowej frazy w „Can’t Call It” to na pewno jej sprawka.
Jeśli dodać do całokształtu oldskulowy posmak, to naprawdę wychodzi nam modelowy przykład Dobrej Rap Płyty. Nie zasługującej na bycie rozdawaną za free w internecie.
najlepszy moment: I DON’T KNOW (FEAT. FREDRO STARR)
ocena: 7,5/10