rageman.pl
Muzyka

In Memoriam: Jeff Hanneman (31.01.1964-2.05.2013)

Czarna seria, ciemniejsza niż najprawdziwszy black metal. Który to już raz w przeciągu miesiąca piszę tego typu notkę? Wolałbym w ogóle takowych nie tworzyć. Ale obowiązek obowiązkiem jest, wybitnym muzykom należy składać hołd. Zwłaszcza jeśli odnosi się wrażenie, że za życia byli niedostatecznie docenieni. Tak jak zmarły wczoraj gitarzysta Slayera, Jeff Hanneman.

Krótka piłka – muzyka Slayera to Jeff Hanneman. Zanim jednak posądzicie mnie o typową dla takich sytuacji przesadę i postradanie zmysłów zapraszam do krótkiego testu – pomyślcie o pięciu, Waszych zdaniem, najlepszych numerów Slayera. Macie? Obstawiam najbardziej prawdopodobne typy: „Raining Blood”, „Angel Of Death”, „Seasons In The Abyss”, „South Of Heaven”, „War Ensemble”, „Disciple”. Sprawdźmy autorów muzyki tych klasyków… Jeff Hanneman, Jeff Hanneman, Jeff Hanneman, Jeff Hanneman, Jeff Hanneman, Jeff Hanneman. „Przypadek? Nie sądzę.” A przecież nie jest on wyłącznym kompozytorem muzyki Slayera. Był jednak główną siłą napędową zespołu, o czym się nie zawsze niestety pamięta.

Ale wkład Hannemana w istotę Slayera to także inny, dla mnie mega cenny aspekt ich twórczości. Jako zatwardziały fan punk rocka i kapel pokroju Dead Kennedys czy Sex Pistols był odpowiedzialny za punkowy pierwiastek, który nie tylko dał narodziny unikalnemu stylowi Slayera, ale też rykoszetem wpisał się w definicję thrash metalu w jego początkowej fazie. I o ile gatunek ten z czasem zaczął ewoluować w kierunku coraz bardziej skomplikowanych struktur i aranżacji (z punktem krytycznym w postaci „… And Justice For All”), tak sam Slayer, pomimo kilku prób naginania swojego brzmienia, nigdy nie porzucił podstawowej idei swojego patentu na granie, jakim jest granie jak najszybsze i jak najcięższe. Mówię to z pełną świadomością – dla mnie Slayer to koniec skali, jeśli chodzi o ciężar grania. Mogą sobie istnieć wszystkie te ekstremalne metale, breakcore’y i inne chore odmiany elektroniki. Ale klucz tkwi nie w jak największym nagromadzeniu radykalnych środków przekazu, ale w ich odpowiednim doborze i wyważeniu. Dlatego też „Obcy” uznawany jest za o wiele bardziej przerażające dzieło aniżeli „Martwe Zło”. I dlatego koniec końców odgłosy młota pneumatycznego nie są wydawane jako muzyka na cd czy mp3. Chyba że o czymś nie wiem. W każdym bądź razie – tak jak nie jestem fanem thrashu jako gatunku, tak Slayera łykam bez popity, głównie dzięki temu punkowemu, skrajnemu podejściu do grania, jaki jest w głównej mierze zasługą Hannemana właśnie.

Paradoks postaci Hannemana polega na tym, że pomimo jego fundamentalnych zasług dla Slayera był on najmniej wyróżniającą się postacią, chyba ze względu na zbyt dużą konkurencję. Tom Araya – wiadomo, frontman, więc siłą rzeczy zawsze na świeczniku. Kerry King – faktyczny lider, rzecznik zespołu, a zarazem bad boy wdający się w coraz to nowsze pyskówki z mediami i innymi kapelami – rola podobna do tej, jaką w Metallice odgrywa Lars Ulrich. No i i Dave Lombardo – geniusz perkusji, ze Slayerem utrzymujący relację on/off (od kilku miesięcy znów off). W tak osobliwym towarzystwie nawet fakt zbierania pamiątek po II Wojnie Światowej okazał się nie być aż tak wyróżniający, choć na pewno „pomógł” owiać Slayera złą sławą jako sympatyzującego z niewłaściwymi ideologiami. Z drugiej zaś strony – zainspirował warstwę tekstową wielu piosenek, ze wspomnianym „Angel Of Death” na czele.

Nie chcę uprawiać tutaj czarnego humoru (nawet jeśli ze względu na swoją barwę nie byłby tu nieadekwatny), ale trudno nie uznać śmierci w wyniku ugryzienia przez pająka za dość mocno osadzoną w Slayerowej estetyce. Inna sprawa, że już teraz zaczęły się wykluwać różne spiskowe teorie. Oficjalną przyczyną śmierci była niewydolność wątroby – czy rzeczywiście mogła ona być następstwem zakażenia, jakie zżerało ramię Hannemana po ugryzieniu pająka? I czy obecność tej śmiertelnej bakterii w skórze Hannemana wynikała z tego ukąszenia, a nie np. zarażenia się poprzez brudną igłę, co jest ponoć najczęstszą w przypadku tego typu choroby okolicznością? Teorie, teorie… a koniec końców przecież wyłącznie o Muzykę chodzi. Zatem cieszmy się nią, tym bardziej że być może nie doczekamy się jej nowych dostaw. Jakoś nie wydaje mi się do końca fair, gdyby Araya z Kingiem sami w dwójkę ciągneli dalej ten Slayerowy wózek…

Leave a Reply