Black River – Black’N’Roll
wydawca: Mystic
Majówka to, jak wiemy, typowo polski event, zatem nie opuszczając swojskich regionów muzycznego świata ruszamy nad Rzekę. Zaraz, a co ona taka ciemna? I czemu śmierdzi potem, alkoholem i garażem?
Black River zwykło określać się mianem metalowej supergrupy. I rzeczywiście – nawet jeśli wziąć poprawkę na to, że muzycy metalowi mają coś z freelanserów i uwielbiają zakładać codziennie nowe kapele, to i tak z takimi personaliami jak Orion (m.in. Behemoth), Daray (ostatnio Dimmu Borgir) czy Maciej Taff (reklamy Plusa… żarcik, Rootwater przecież!) trzeba się liczyć. I choć taki skład osobowy na pewno przysłużył się promocji dzieł grupy, to z muzycznego punktu widzenia najważniejsze w tym jest co innego – brak jakiegokolwiek parcia na sukces, nie tylko komercyjny, ale też i artystyczny. W macierzystych grupach mogą panowie sobie cisnąć, by każde kolejne dzieło było lepsze od poprzednika (a w przypadku muzyki metalowej – jeszcze cięższe, jeszcze szybsze i jeszcze mroczniejsze), pod szyldem Black River chodzi im tylko, aby sobie pograć. Czyli czysta, nieskrępowana zabawa. To było słychać na debiutanckim albumie, to słychać także na wydanym rok później „Black’N’Roll”.
No dobrze, ale jaka to jest muzyka metalowa grana dla zabawy? Najogólniej rzecz ujmując ramy stylistyczne muzyki zawartej na krążku wyznaczane są przez takie tuzy beztroskiego grania jak Monster Magnet (chyba najbliższy w całościowym ujęciu, tak muzycznym jak i ideologicznym), Motorhead (punkowy wykop na metalowych resorach) i … The Rolling Stones, którym panowie z Black River odwdzięczyli się za zainspirowanie niektórych riffów całkiem przyzwoitym coverem „Jumping Jack Flash” (z intrem podwędzonym z „God Save The Queen” Sex Pistols). Czyli rzecz w tym, by było z czadem, bujnięciem i „do przodu”, bez fanaberii aranżacyjnych. Stuprocentowe odwzorowanie tytułu płyty w zawartości muzycznej. I mimo braku wycieczek poza tak zarysowany obszar stylistyczny przesadą byłoby mówić o graniu cały czas tej samej piosenki. Urozmaiceń jest tyle, ile trzeba, ani grama więcej. A to wkradnie się taneczna niemalże pulsacja („Barf Bag”), a to gitary zagrają w całkiem, ekhm, pogodny sposób („Breaking The Wall”), tu i ówdzie piosenki nabierają punkowego przyspieszenia (utwór tytułowy, „Isabel”). A kiedy kończy się whiskey i zaczyna się kac, panowie proponują bardziej nastrojowe klimaty (słowo „ballada” chyba byłoby nadużyciem jednak), jak w dwuczęściowym „Morphine” czy najbardziej urozmaiconym pod względem dynamiki „Young’n’Drunk”.
Jakością samą w sobie jest wokal Maćka Taffa. Nawet jeśli kogoś może drażnić jego maniera (co jestem w stanie zrozumieć), to nie da się zaprzeczyć, że facet dysponuje kawałek hard rockowego głosiska o szerokich możliwościach. W takim singlowym „Lucky In Hell” potrafi płynnie przejść z melodyjnego prawie-growlu (który ożeniony z posuwistym riffem trąci lekko… Illusion) do rockowego melodyjnego wydarcia w refrenie. Największą paletę możliwości pokazuje jednak we wspomnianych „balladach”, szczególnie w „Young’n’drunk”, gdzie wszechstronność zarówno wokalna, jak i aranżacyjna odsyła do najlepszych grunge’owych momentów.
Jasne, oryginalności tu jak na lekarstwo. Przebojowość mogła by być większa, tym bardziej że stylistyka na takową pozwala bardziej niż w jakimkolwiek innym metalowym podgatunku. Ale byłbym ostatnią szują nie doceniając stylowości tego materiału. Lubię to!
najlepszy moment: YOUNG’N’DRUNK
ocena: 7/10
