Massive Attack – Heligoland
wydawca: Virgin
Bardzo zasmuciła mnie wiadomość o wczorajszym zamknięciu LucasArts. W czasach kiedy namiętnie grałem w gry komputerowe (czyli czasy dzieciństwa plus revival kilka lat temu, choć kilka dni temu skusiłem się na zakup „Monkey Island 2: Special Edition” i zdecydowanie nie żałuję, jest czad), to był mój ulubiony producent gier. Wspomniana seria Monkey Island przede wszystkim, ale też Indiana Jones, Sam & Max, Full Throttle, Grim Fandango… Oczywiście wymieniam tylko przygodówki, będące moim ulubionym gatunkiem gier, ale przecież dla wielu LucasArts (a wcześniej LucasFilm Games) to przede wszystkim gry związane ze światem Gwiezdnych Wojen. Wszyscy gieromaniacy dziś rzewnie zapłakaliśmy.
Smutek w bezpośredni sposób przekształcił się w złość wymierzoną w korporację Disney’a, który to jako od kilku miesięcy właściciel stworzonej przez George’a Lucasa firmy podjął decyzję o jej zamknięciu. Ale w pewnym momencie przyszło niemal natychmiastowe ogarnięcie się. Bo przecież nie ma wątpliwości, że nie można tu mówić o dziejowej niesprawiedliwości. Nie w przypadku firmy, która ostatni dobry produkt wypuściła, co jest faktem nie do zaprzeczenia, jeszcze w latach 90-tych. Nie trzeba być ekonomistą by dostrzec sensowność decyzji włodarzy Disney’a. Może nawet za jakiś czas podziękujemy im za przerwanie agonii, w jakiej tkwił LucasArts od ponad dekady.
Dlaczego wspominam o czymś tak zupełnie nie związanym z tematyką tego bloga? Ano dlatego, iż gdyby dziś Robert Del Naja vel 3D podjął decyzję o rozwiązaniu Massive Attack, to logika również nie sprzeciwiałaby się tej decyzji. A ponowny odsłuch „Heligoland” utwierdziłby tylko w tej decyzji.
Oczywiście zespół muzyczny to nie firma (choć sztuka dziś ma jak najbardziej wiele wspólnego z biznesem), ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że lata największego artystycznego prosperity ten zespół ma za sobą, podobnie zresztą jak cała branża triphopowa. „100th Window” z 2003 roku, jak zresztą zdążyliśmy zauważyć na tym blogu niedługo po jego wydaniu, był co najwyżej przyzwoity. Wydanej rok później ścieżki dźwiękowej do „Danny The Dog” generalnie nie zalicza się do Massive Attack’owego kanonu, co można uznać raczej za przysługę dla tego dzieła. No i jest wielki comeback, „Heligoland”, którego największą zasługą jest niestety to, że nie burzy nam wykresu jakościowego dyskografii MA, od ponad dekady układająca się w idealną równię pochyłą.
Byśmy się jednak źle nie zrozumieli – po pierwsze, nie jest to jednoznacznie zły album. Po drugie, nie jest powiedziane, że panowie już nigdy nie ockną się i nie wrócą na właściwe tory. Ale „Heligoland” nie daje praktycznie ani jednego powodu by wierzyć, że w duecie z Bristolu pozostał ten pierwiastek geniuszu, który dał narodziny klasycznej trylogii z lat 90-tych. Dziś „100th Window” jawi mi się jako dzieło nierówne, na którym obok skuch były też momenty wybitne (np. „Special Cases”). Na „Heligoland” takich momentów brak. Najlepsze w zestawie singlowe „Paradise Circus” i ewentualnie „Splitting The Atom” to w najlepszym przypadku poziom gorszych fragmentów „Protection”. Do „Mezzanine” nawet nie ma co porównywać.
Na forum Porcys pojawiła się opinia, że wątłość tych melodii wynika z konceptu albumu, jakim jest muzyczne odzwierciedlenie stanu apatii, marazmu, beznadziei. Ciekawa interpretacja, być może nawet całkiem zgodna z zamierzeniem twórców. Bo rzeczywiście, te piosenki sprawiają wrażenie wyśpiewanych z pozycji leżącej, bez jakichkolwiek emocji na twarzach wokalistów. Jeśli taka była idea na album to brawo, udało się go zrealizować w pełni. Tylko czy jest to idea na album, do którego słuchacz będzie chciał wielokrotnie w przyszłości wracać? Niekoniecznie.
Najbardziej boli jednak to, że ten album jest tak wyzbyty z innowacyjności, że aż trącący muzycznym skansenem. Fajnie, że na potrzeby EPki współpracowali z Burialem, ale słuchając samego albumu ma się wrażenie, jakby czas stanął w miejscu. Trochę casus Tool’owego „10000 Days” – być może rozczarowanie wynika ze zbyt wygórowanych oczekiwań, no ale one nie wzięły się znikąd. W odczuciu podróży w przeszłość utwierdza selekcja wokalistów. Może gdyby interpretacje wokalne Damona Albarna czy Martiny Topley-Bird porywały to byśmy o problemie nie wspominali (ok, nie może, tylko na pewno). Ale tak nie jest, przez co zabawa na tym emeryten party staje się jeszcze mniej zabawna. I wyjątki w postaci występu Tunde’a (Tv On The Radio) w „Pray For Rain” i Hope Sandoval w „Paradise Circus” pozostają właśnie wyjątkami.
Kibicuję dalej temu zespołowi, ale jak na razie widzę to tak, że panowie wkraczają do kręgu zespołów, których nowe albumu są tylko przyczynkiem do wyruszenia w kolejną, dobrze sprzedającą się trasę koncertową (ewentualnie przerodzi się to w profesjonalnie kręcony serial pt. „Kto wystąpi na nowej płycie Massive Attack”). Myślicie, że w tym roku znów zagrają na Open’erze?
najlepszy moment: PARADISE CIRCUS
ocena: 7/10
