In Memoriam: Phil Ramone (5.01.1934-30.03.2013)
Nie chcę Wam wciskać kitu, że oto żegnamy mojego ulubionego producenta muzycznego, idola, inspirację, itp. Gdybym miał zrobić prywatny ranking ludzi odpowiedzialnych za produkcję muzyczną, Phil Ramone pewnie nie załapałby się nawet do pierwszej dwudziestki.
Ale to odczucia subiektywne. Wersja obiektywna wydarzeń jest zaś taka, że kilka dni temu zmarł jeden ze współtwórców muzycznej fonografii – tej, jaką dziś znamy. Współtwórca jako inżynier dźwięku, producent, impresario, kierownik wytwórni fonograficznej, rzadziej jako kompozytor i muzyk. Niewielu mogło się z nim równać w kategorii nieustającego wpływu na oblicze branży muzycznej przez ponad pół wieku – mi do głowy przychodzi właściwie tylko Quincy Jones. Nie przystoi konfrontować zasług obu Panów, ale jednak warto zwrócić uwagę na to, że o ile producent „Thrillera” ostatnimi czasy funkcjonuje głównie jako chodząca legenda Muzyki, tak Ramone pozostawał aktywny zawodowo do samego końca. To przecież jego produkcję słyszymy na zrecenzowanych swego czasu na tym blogu „We All Love Ella” (tribute dla Elli Fitzgerald) czy Ray Charles’owy „Genius Loves Company” (za ten drugi otrzymał zresztą Grammy w kategorii Album Roku). Nie zmienia to oczywiście faktu, że zapamiętany zostanie przede wszystkim jako producent albumów Paula Simona czy Billy Joela. Trzeba także zaznaczyć, że Ramone’owi zawdzięczamy nie tylko to, czego słuchamy, ale i to, JAK słuchamy – to wydany przez jego wytwórnię (a także przez niego wyprodukowany) „52nd Street” Billy Joela dostąpił zaszczytu bycia pierwszym albumem wydanym na płycie kompaktowej.
Do stworzenia tej notki sprowokowało mnie jednak nie tyko szacunek dla dokonań Ramone’a. Znamienne, że dzisiejsza notka pojawia się kilka dni po śmierci. Niestety tak wyszło, że człowiek chce być na bieżąco, czyta prasę, portale internetowe itp., a i tak wiedzę o świecie czerpie głównie z tego, co kto wklei na fejsbuku. Przykre jak cholera, ale tak jest. A tam tymczasem cisza – nikt się nawet nie zająknął o tym, co się stało. Nie chcę tu dyskredytować swoich znajomych jako nieosłuchanych ignorantów (bynajmniej!), ale po raz kolejny naszła mnie refleksja, że my – jako Pasjonaci Muzyczni – wciąż niewystarczającą uwagę zwracamy na to, jak muzyka BRZMI. Sam się zresztą przyłapuję na tym, że zwracam uwagę na osobę producenta płyty tylko wtedy, kiedy mowa o najbardziej chodliwych nazwiskach na rynku – jak Rick Rubin czy Dr. Dre. Oczywiście często działa to w drugą stronę – kiedy to termin „producent” jest używany w stosunku do osób, które po prostu rejestrowały dźwięk generowany przez grających muzyków. Steve Albini, kultowa persona pracująca przy płytach tak różnych wykonawców jak Neurosis, PJ Harvey i Nirvany, otwarcie wzbrania się przez byciem nazywanym producentem sugerując, że dobry artysta doskonale wie jak chce zabrzmieć i żaden producent nie jest mu potrzebny. Trochę to jak dla mnie zbyt zerojedynkowe postawienie sprawy – od muzyka wymagane jest przede wszystkim by tworzył muzykę (jakkolwiek banalnie by to zdanie nie brzmiało), jego znajomość prawideł rejestrowania dźwięku jest naprawdę sprawą drugorzędną. Poza tym ile historia muzyki zna przypadków zespołów, które chcą pójść ścieżką eksperymentu (co chwalebne), a niekoniecznie wiedzące jak to zrobić? Od groma. Takie wejście na drogę prowadzące w nowe, nieodkryte przez zespół/artystę terytoria muzyczne potrzebuje przewodnika. I producent właśnie jest tym przewodnikiem.
Oczywiście produkcja muzyczna niejedno ma oblicze. Najczęściej cenieni są ci, którzy zdążyli wypracować swój własny sound, nierzadko wypierający ten, którym charakteryzują się korzystający z ich usług artyści. I rzeczywiście warto podkreślać innowacyjność dokonań Phila Spectora, Rossa Robinsona czy Timbalanda – sięgając po skrajnie różne przykłady. Ale są też tacy producenci jak Ramone – nie narzucający swojego pomysłu na muzykę, mający za cel tylko i wyłącznie jak najlepiej brzmiący materiał muzyczny. To i tak sporo. Aby kochać muzykę nie trzeba znać nazwisk producentów, warto jednak czasem zerknąć na listę płac zawartą w książeczkach, by spojrzeć na ulubione albumy pod innym kątem. Zrozumienie to klucz do trwałości uczucia – także w tym przypadku.
