Self – Selfafornia
wydawca: Spongebath
Smutna wiadomość obiegła świat parę godzin temu – Donna Summer, legenda muzyki disco, nie żyje. Nie zgadniecie – rak. Ale ponieważ nie mam w zwyczaju aż tak rozpamiętywać osoby których nie znam osobiście (chyba że mówimy o takich postaciach, które naprawdę towarzyszą mi od zawsze – vide MCA), więc spieszę dla równowagi z dobrą wiadomością: zdałem prawo jazdy!! WOOHOO!!!!!!!
No a teraz to co zawsze, czyli coś na kształt recenzji. Kontynuujemy wątek Self. W milenijnym, 2000 roku sypnęli chłopaki albumami – „Selfafornia” była jednym z tych trzech wydawnictw, a drugim – po „Self Goes Shopping” – opublikowanym w internecie. Nie słyszałem „Gizmodgery”, ale „Selfafornia” prezentuje się jako zdecydowanie bardziej potrzebne wydawnictwo aniżeli „SGS”.
Przede wszystkim – słychać tu Piosenki. W porównaniu z „Feels Like Breakin’ Shit” środek ciężkości inspiracji przesunął się z Nirvany na Weezera, może nawet tego późniejszego. Tyle że akurat Self do twarzy z tak bezwstydnie przebojowym, właściwie poprockowym graniem. Taki „Suzie Q Sailaway” właściwie mógł popełnić Maroon 5… a kręci jak cholera! Można by tu też dorzucić kalifornijskie granie z elementami ska typu Smash Mouth czy No Dount, do czego upoważnia chociażby fakt użycia dęciaków w „Wednesday Again”. Przyznam też, że ze względu na niegłupiość, alternatywny mimo wszystko posmak tych kompozycji, kojarzy się to też z rodzimym The Car Is On Fire (np. „Shelf Life”, „Anything Is Impossible”), zwłaszcza dzięki totalnie niepopowemu wokalowi. Co się nie zmieniło w stosunku do poprzednich albumów to zamiłowanie do eklektyzmu (choć tym razem już niekoniecznie o proweniencji jajcarskiej) – w „Puppy Love” słychać drum’n’bassowy loop, a „See If You Swim” zaczyna się gęstym bitem niczym z „Illmatica” jakiegoś.
Bardzo fajne słuchadełko.
najlepszy moment: SEE IF YOU SWIM
ocena: 7,5/10
