System Of A Down – Mezmerize

rok wydania: 2005
wydawca: American
Nie jest ostatnimi czasy mile odbierane być fanem System of a Down. Żeby nie powiedzieć gorzej – przejebana sytuacja, szykany ze strony TRU znawców muzyki i w ogóle. Przypuszczam, że po przeczytaniu pierwszego wersu tej notki parę osób zrezygnuje z dalszego czytania. Niesłusznie, bardzo niesłusznie. Bo po pierwsze i najważniejsze, ominie ich niewątpliwa przyjemność obcowania z moimi wymyślnymi porównaniami, bajecznymi epitetami, nietuzinkowymi refleksjami itepe itede. A poza tym – „Mezmerize” to bardzo dobra płyta.
Po kapitalnym debiucie i „Toxicity”, które wprowadziło Ormian na muzyczne salony, troszkę sobie nadwątlili zaufanie płytą „Steal This Album!”. Niby to był zbiór b-side’ów, ale jakiś taki niesmaczny. Poza słabymi kompozycjami widać było, że formuła muzyczna, jaką wymyślili sobie panowie, powoli się wyczerpuje. Musieli więc wymyślić coś wielkiego, co najmniej niebanalnego, by wrócić na szczyt. No i wymyślili – podwójny album. Tylko że wydany osobno. Tzn. najpierw jedna płytka, a po pół roku druga. Efekt – wejście do wąskiego grona artystów, którzy umieścili na szczycie listy Billboardu dwa albumy w ciągu roku. Ale to bardzo okołomuzyczne efekty. Nas najbardziej przecież interesuje to, że nagrali po prostu pyszne albumy.
Na pierwszy rzut ucha niby wszystko po staremu. Skoki dynamiki, które mogą doprowadzić do rozstrojenia nerwowego, egzotyczne wtręty obok slayerowego riffu, schizofreniczny wokal który każe mówić o pokrewieństwie (przynajmniej mentalnym) z Jello Biafrą. Pierwsze przesłuchanie też mi podsunęło myśl o jechaniu ciągle na tym samym patencie. A jednak nie. Diabeł tkwi w szczegółach.
Upopowienie. Przede wszystkim upopowienie. A może bardziej – umelodyjnienie? Bo dalej żaden numer nie nadaje się na hit do radia „Złote Przeboje”. Ale nawet dla tych, którzy uwielbili sobie łagodniejszą „Toxicity”, refreny np. w „B.Y.O.B.” czy „Revenga” mogą być szokiem. Ale żeby tylko pop. A tu jeszcze nam się bezwstydnie disco paleta objawia. I to w przeróżnych odmianach. Disco lat 80. w „Old School Hollywood” (te syntezatory!), coś na kształt armeno disco w „Radio/Video” (akordeon??) czy zaczerpnięty z disco beat w „Violent Pornography” (idealne na tzw. rockoteki). A może macie ochotę na wariację na temat „Bohemian Rhapsody”? Proszę bardzo – „Cigaro”, i nie chodzi tylko o podobieństwo „Cigaro” do „Figaro”. A jakby tego było jeszcze mało, ostatni balladowy „Lost in Hollywood” kojarzy mi się nieodparcie z… „Street Spirit (Fade Out)” Radiohead. Czyli szaleństwo.
Tyrania jest zła, wiadomo, ale akurat SOAD-owi na dobre wyszła całkowita dominacja kompozytorska gitarzysty Darona. Również to, że chłopak ostro się udzielił wokalnie na płycie. Praktycznie połowa materiału to duety wokalne między Serjem a Daronem. Może i chłopak nie ma głosu wybitnego, ale jest coś ujmującego w tych jego przyśpiewkach. Może to, że słychać to, że śpiewa teksty napisane przez siebie?
Nie dam złego słowa powiedzieć na ten zespół. Jeśli nu-metal, to tylko tworzony przez takich wizjonerów jak SOAD.
najlepszy moment: VIOLENT PORNOGRAPHY
ocena: 7/10