rageman.pl
Muzyka

Kyuss – Blues For The Red Sun

rok wydania: 1992

wydawca: Dali

 

Lubicie stoner rock? Ja uwielbiam. I chociaż każdy człek lubi się wyróżniać, to naprawdę ubolewam nad tym, że jestem jednym z nielicznych w tym kraju, jeśli chodzi o uwielbienie tego gatunku. Owszem, Queens of the Stone Age to każdy fan rocka pewnie kojarzy, a zespół jak przyjedzie na koncert, to może liczyć na wyprzedanie biletów. Ale co z Orange Goblin? Co z Fu Manchu? Co ze Spiritual Beggars? Dlaczego jeśli chodzi o polskie granie, to tylko słychać o Corruption i Elvis Deluxe? Warto jednocześnie pamiętać, że tych wszystkich kapel (a zwłaszcza QOTSA) by nie było, gdyby nie jedna taka załoga… Kyuss się zwała.

Rok 1992 to była prawdziwa klęska urodzaju, jeśli chodzi o genialne wydawnictwa. Debiut Rage Against the Machine, „Opiate” Toola, „Angel Dust” Faith No More, „Dirt” Alice in Chains. Jakby tego było mało, wszyscy jeszcze przeżywali przełomowe wydawnictwa roku ubiegłego – czarna Metallica, „Blood Sugar Sex Magik” Red Hotów czy przede wszystkim „Nevermind” wiadomo kogo. Gdzieś w tej całej zawierusze nieśmiało mignęła genialna płyta kolesi, których można by przyrównać do dzisiejszych blokersów. Tyle że zamiast spod bloku, to oni wzięli się… z pustyni.

Przedstawmy sprawców zamieszania. Josh Homme. Gitarzysta, późniejszy lider absolutny Queens of the Stone Age. W Kyuss może i nie absolutny, bo zbyt silne osobowości się tu zebrały, choć to on założył ten zespół i to on też zadecyduje o jego rozwiązaniu. John Garcia. Krewny aktora Andy’ego Garcii, ale nas obchodzi przede wszystkim to, że jeden z najlepszych wokalistów, jakie nosiła matka ziemia (i dalej nosi). Nick Oliveri. Basista. Na tej płycie po raz ostatni w Kyuss, ale usłyszymy o nim jeszcze przy okazji QOTSA, gdzie z Homme’em będą stanowili duet nierozłączny (do czasu…). I jeszcze Brant Bjork. Kapitalny pauker. Oni wszyscy przyczynili się do powstania płyty, którą można porównać do debiutu Velvet Underground. Mało kto ją kupił, ale każdy nabywca założył potem własną kapelę. Bo to jest fakt – powstała jedna z najbardziej inspirujących płyt w dziejach.

Geniusz początku lat 90. polegał na tym, że wprawdzie do dzisiaj powstają świetne płyty, ale z tych wszystkich wspomnianych płyt biło szczerością. Biło spontanicznością. Większość z tych kapel do dzisiaj stoi na straży prawdziwego rocka. Niewykalkulowanego, a powodowanego chęcią wyrażenia siebie. „Blues for the Red Sun” nie tylko nie był inny, ale wręcz stanowił najjaskrawszy przykład takiego podejścia. Jeśli muzyka mogłaby wydalać zapachy, to słuchając tej płyty czułbym swąd rozgrzanych na maksa wzmacniaczy, smród wyciskających z siebie siódme poty muzyków. A jednocześnie jedyny w swoim rodzaju zapach pustyni. Bo ta muzyka brzmi tak, jakby została zarejestrowana w sali prób, a jednocześnie ma w sobie tyle przestrzeni, ile tylko na pustyni Gobi odnajdziemy. A jednocześnie nie zapomnieli chłopaki, że studio nagraniowe daje dodatkowe możliwości. Można np. sieknąć ni stąd ni zowąd gitarkę hiszpańską tak, by współgrało z resztą. Można przetworzyć wokal na wszelakie sposoby. I tak dalej, i tak dalej.

Teoretycznie tutaj też mamy kompozycje. Zatytułowane, wyodrębnione kawałki od trzy- do sześciominutowych. Ale tej płyty nie da się słuchać inaczej niż jednym ciągiem. Ktoś może wychwalać następne wydawnictwa Kyussa, że piosenki stały się bardziej zwarte, że mieliśmy nawet do czynienia z czymś na kształt przebojów, jak „Demon Cleaner”. Jasne, i tę odmianę Kyussa uwielbiam, szczególnie na „…And the Circus Leaves Town”. Ale „Blues for the Red Sun” to jest płyta, o której jak o żadnej innej mogę powiedzieć, że stanowi czysty odlot. I to nawet bez wspomagaczy. Nie miałem okazji nigdy np. zapalić przy tej płycie (i do dzisiaj czekam na okazję…), ale wierzę, że słuchanie tego albumu „w odmiennym stanie” byłoby wisienką na torcie, jakim już jest odbiór tej płyty na trzeźwo. Kapitalnie równa ta płyta, jednolita skała, nieprzerwany strumień świadomości artystów ją tworzących.

Zresztą, kto by chciał przerywać TAKĄ MUZYKĘ? Muzykę, która brzmi jakby spaleni muzycy Black Sabbath i The Stooges z obłąkanym Meksykaninem na wokalu próbowali grać bluesa. Raz punkowe, rozpędzone rytmy, raz bluesowe zawodzenie, a to wszystko jedyna, niepowtarzalna gitara Josha Homme’a. Z jednej strony na pewno inspirowana Black Sabbath, choć się skurczybyk nie chce przyznać, a z drugiej strony – brzmienie jemu tylko właściwe. Wciąż mnie zastanawia, czemu przy wszelakich plebiscytach gitarzystów Homme jest tak nieznośnie pomijany. Life sucks.

Jedna z tych płyt, których można słuchać w nieskończoność, które mogą stanowić soundtrack do twojego życia, które możesz zabrać na bezludną wyspę. I encyklopedyczny przykład na występowanie Chemii w Muzyce. I niekoniecznie chodzi o obecność etanolu czy THC.

 

najlepszy moment: THONG SONG

ocena: 8,5/10