Lejdis
.jpg)
reżyseria: Tomasz Konecki
Film dnia to brzmi dumnie. Nie wiem, czy „Lejdis” do końca zasługuje na taki tytuł. Ale z racji tego, że więcej tego dnia filmów nie widziałem, to okej.
Kiedy powstaje najwięcej polskich filmów? Na Walentynki. To już jest polska tradycja, że w Walentynki trzeba swoją lubą zaprosić do kina, najlepiej na polską komedię romantyczną. Wprawdzie wczoraj Walentynek nie było, jednak przebijając się przez tłum do sali, wypełnionej po brzegi ludźmi, czułem się jak ofiara perfekcyjnego marketingu. Tak, bo często marketing to jedyna zaleta polskiego filmu. Na szczęście w przypadku „Lejdis” jest inaczej.
Marketing to fajna sprawa. Jednak akurat w przypadku „Lejdis” zainteresowało mnie przede wszystkim to, że jest to film twórców „Ciała” czy „Testosteronu” – na dobrą sprawę jedynych udanych polskich komedii ostatnich lat. Więc wiedziałem, że bubla nie będzie. Jeśli jeszcze film jest reklamowany jako żeńska odpowiedź na „Testosteron”, który uważam za bardzo udany film, to już w ogóle wypas. I był wypas. Jeśli oczywiście oczekuje się filmu, który nie przemęczy intelektu, a dostarczy jedynie rozrywki na dwie godziny. Choć w sumie mogło być lepiej.
Więc teraz mamy cztery główne bohaterki. Łucja, Korna, Monia i Gośka. Dwie mężatki, singiel i rozwódka. Przyjaciółki, psiapsioły, czy jak to zwą w tym filmie – Lejdis. Przedsiębiorcze, świadome swojej wartości, przebojowe. XXI wiek, panie. I jedynym zgrzytem w ich idealnym świecie są faceci. To oni dostarczają cierpienia, zmartwień czy po prostu kłopotów. Ale my świnie jesteśmy. I taki rok zmagań z facetami i z sobą jest przedstawiony w tym filmie. Od Sylwestra, którego panie obchodzą w sierpniu (swoją drogą – zajebisty pomysł, warty wykorzystania), do kolejnego sierpniowego Sylwestra.
Czyli fabułę znamy. A teraz będzie o tym, dlaczego choć w sumie jest bardzo sympatycznie, to nie aż tak jak w „Testosteronie”.
Choć może tak na dobrą sprawę wszystko rozbija się o to, że jestem ponoć facetem, więc do końca nie mam nawet prawa zrozumieć tego filmu i humoru w nim zawartego. Jeśli tak, to sorry. Niemniej przedstawię swój punkt widzenia.
„Testosteron” to było, hmmm, chyba coś około sześciu kolesi. Zamkniętych w jednym miejscu. Czyli zero możliwości na wartką akcję, podróże, feerię wątków. Wszystko musiało się opierać na dialogu. I to wyszło. Film imponował kapitalnie poprowadzonym dialogiem. Nie było one-linerów, humor wynikał z finezji dyskusji, puent, kontr. A wszystko ładnie spięte pyszną grą aktorską. Widać było, że to była kinowa wersja przedstawienia teatralnego.
Geneza „Lejdis” jest inna. Wszystko zaczęło się od bloga. Bloga, którego treść stanowią zapisy rozmów czterech pań. O życiu, przepełnionym seksem, czasem miłością i karierą. To, co wzięto do filmu z tego bloga, to idea czterech pań w jednej komitywie i teksty, którymi się te panie posługują.
I tu pies pogrzebany. Bo humor jest tu głównie oparty właśnie na tych one-linerach. A problem polega na tym, że przez dwie godziny może to się trochę znudzić. Zwłaszcza że nie każdy tekst jest udany. Ale gawiedź się śmiała cały czas, z każdym niemal wyrazem. Więc wychodzi na to, że jestem w swej opinii odosobniony.
Dwie godziny filmu, który nie zawsze trzyma w napięciu i momentami się dłuży. Warto jednak zwrócić uwagę na zalety mniej lub bardziej oczywiste.
Bardziej oczywiste to gra aktorska. To że zebrano plejadę gwiazd, to żaden argument. W naszym kraju każdy aktor jest już uznawany za gwiazdę. Choć i tak jest lepiej niż kiedyś. Pamiętacie czasy, gdy w każdym filmie był Linda, Pazura, Zamachowski i Kondrat? Z tej swoistej fab four w „Lejdis” mamy tylko Pazurę, i to tylko w roli narratora. Może i na szczęście, ale z racji tego, że ten pan prawie w ogóle już się nie pokazuje na ekranie, to nie ukrywam, że się nawet trochę stęskniłem za jego polską wersją Jima Carreya.
Może się podobać gra aktorska głównych bohaterek. Chyba najpopularniejsza jest z nich pani Edyta Olszówka, choć na mnie największe wrażenie zrobiła pani Anna Dereszowska. Ok, uroda zadecydowała. Ale i jej postać jest całkiem ciekawa. Taka cold bitch.
Mimo to muszę przyznać szczerze, że to jednak panowie tutaj brylują aktorsko. Może to wynika z faktu, że poza głównymi bohaterami cała reszta postaci to płeć brzydka. Ale to co wyprawia tutaj główny szwarccharakter Robert Więckiewicz (ej, zauważyliście, że on jest takim połączeniem Zbigniewa Zamachowskiego z Bono? No bez kitu!), Tomasz Kot grający Węgra gadającego po polsku (taka kombinacja już na papierze jest śmieszna) czy Borys Szyc w wersji max głupawka to naprawdę ekstraklasa gry aktorskiej, nie tylko w skali polskiej. Naprawdę zacnie się spisuje stara, teatralna gwardia jak Jan Englert czy Krzysztof Globisz.
Mnie jednak chyba osobiście najbardziej rozwalił Piotr Adamczyk w roli męża jednej z bohaterek, walczącego ze swoim homoseksualizmem.
I tu dochodzimy do drugiej, mniej widocznej zalety filmu. Komedia komedią, ale naprawdę fascynuje to, że niektóre wątki w tym filmie są podszyte całkiem istotnymi dramatami. Zwłaszcza ten z Piotrem Adamczykiem, który jednocześnie śmieszy, ale też i daje do myślenia. Można było z tej postaci zrobić czystą farsę i odbiór byłby niby ten sam. Bo dla większości to chyba była jednak beka z jego postaci, co w pewnych momentach wydawało mi się niezrozumiałe. Ale chwała Adamczykowi, że próbował wycisnąć z tej postaci coś więcej. I że wyszło mu to bardzo udanie.
Tego typu motywy to oczywiste kontrapunkty dla humorystycznych motywów w filmie. Wiadomo, nie można się cały czas śmiać, czasem trzeba się i powzruszać. Nie spodziewałbym się jednak, że twórcy filmu tak udanie ulepią ten pierwiastek dramatyczny w filmie. Kto wie, czy nie lepiej nawet niż humorystyczny.
All in all, film jest po prostu sympatyczny. Taki bardziej do obejrzenia na kompie niż by wydać hajs na bilet. Niemniej warto zobaczyć. Nawet jeśli to produkt do nabijania kabzy twórcom, to wolę, gdy wiem, za co płacę. I się mnie nie nabiera na poczucie patriotycznego obowiązku. Wolę „Lejdis” od „Katynia”.
najlepszy moment: HISZPAN
ocena: 6/10
