rageman.pl
Muzyka

Chicks On Speed

gdzie: Ucho, Gdynia

kto: Chicks On Speed, Skinny Patrini

 

uwielbiam elektroniczne lesbijki!

miejsce: Ucho

muzyka: poczatek teoretycznie o 20.00, ale oczywiscie bez obsuwy nie moglo sie obyc. wiedz w miedzyczasie spijamy piwko. w koncu, okolo 21.00, cos sie dzieje.

jak byc moze nie kazdy wie, koncert odbywal sie w ramach kilkudniowego happeningu o nazwie Transvizualia. czyli chodzi o pokazanie, jaka to fajna sprawa jest laczyc muzyke z obrazem. nie w formie teledysku – od tego jest Yach Film, odbywajacy sie w tym samym czasie. chodzi o koncertowe laczenie tych dwoch sztuk, gdzie mozna wrecz mowic o jednoczesnym tworzeniu muzyki i obrazu. czasy, gdy wystarczylo puscic ot tak jakies wizualizacje sie skonczyly. teraz tworcy jednoczesnie mixuja muzyke i obraz. czy to fajne? jak sami moglismy sie przekonac tego wieczoru, wciaz jednak decydujacym czynnikiem jest muzyka. ktorej nie uratuja nawet najlepsze wizualizacje.

z racji tego, ze wypadl z line-upu niejaki ergo phizmiz (ojeej…), najpierw radowalismy sie tworczoscia antistatic family. czyli elektronika, obslugiwana przez jednego pana i obrazki (swoja droga, wyjatkowo ciekawie dzialo sie na scenie. bo poza sprzetem muzycznym, wielkim projektorem mielismy jeszcze po lewej… lodoweczke Red Bulla). muzyka? elektronika czyniona w sposob, w jaki robi to ziomek efektvol czy datadisk. moze nawet blizej to ylo temu drugiemu. spokojniej, bardziej niepokojaco. choc rzucania terminami nie bedzie, bo nie bede ukrywal, ze takie dzwieki to zupelnie nie moja broszka. i dlatego, choc doceniam zaangazowanie, widze ze mamy do czynienia ze Sztuka przez duze S, taka muzyka do mnie nie trafia. i po pol godziny zaczyna meczyc. i taki sam odbior dotyczy wiec wizualizacji. ciezko oceniac je w oderwaniu od muzyki, wiec po 30 minutach tez ciezko sie bylo skupic na nich.
nastepnie Skinny Patrini. o, tu juz lepiej. glownie dlatego, ze mamy tu do czynienia z duetem, na ktory poza magiem od elektroniki skada sie pani wokalistka. dosyc ciekawa wizualnie, w charyzmie, a przede wszystkim – w mozliwosciach wokalnych. no naprawde – duzy szacun. i to ona glownie decyduje jak dla mnie o wartosci tego kolektywu. bo dzwiekowo to bylo bardzo w klimacie electro/clash, chociaz jednak raczej bez elementu pop. bardziej przytlaczajaco, zeby nie powiedziec – ciezko. dlatego nie wpadalo to w ucho tak jak u np peaches, chicks on speed czy nawet naszego rodzimego dick4dick. ale w polaczeniu z naprawde expresyjnym, intrygujacym wokalem wypadalo to pyszniutko. no tak jak mowilem – to tez byla charyzma, show. nie tak jak u COS, o czym bedzie mowa pozniej, ale nudzic sie bylo raczej trudno. jedyne, do czego moznaby sie przyczepic, a co rzutowalo na odbior, to naglosnienie. specyficzna muzyka, gdzie pare nietrafionych parametrow moze naprawde meczyc uszy. tak tez sie dzialo po polowie koncertu, dlatego skrocony set o 2-3 numery pozwolilby wystawic wystepowi solidne 5. a tak to bedzie 4 z plusikiem dajacym nadzieje na przyszlosc.

no i gwiazda wieczoru. zaczely dosyc pozno, bo okolo 23.40. wiec nie bylo opcji na powrot skm’ka o polnocy. i dobrze sie stalo. trzeba bylo byc od poczatku do samego konca. warto warto warto.

na scenie 3 dziewuszki, choc oboz chicks on speed skupia dodatkowo pare pan wiecej. cale trio z malunkami na ciele i ciuszkach krzykliwych, kolorowych, idealnie pasujacych do tego, co przekazuja poprzez muzyke. electro, czasem z wielkim potencjalem pop, ale trzeba jeszcze tutaj uzyc slowa punk. bo to co wyroznia wlasnie COS to wlasnie kontekst, w jakim umieszczona jest ta muzyka. zreszta, to chyba nieodlaczne w tym gatunku (przynajmniej wsrod najpopularniejszych mainstreamowo wykonawcow). dick4dick to maczo, peaches to prowodyrka, igrajaca z tematyka sexualna. podczas gdy jednak peaches sprawia wrazenie wywolywania szumu dla samego szumu, chicks ida krok dalej. zarowno w wartwie muzycznej, ale tez w warstwie wizualnej (niektore obrazki naprawde szokujace). golizna, homoseksualnosc, ale nie dla szoku, tylko dla zwrocenia uwagi. nawet gdy panie spiewaja o myspace, to nie chodzi o zart, jak moze sie wydawac na pierwszy rzut ucha, ale o cos wiecej. krytyka spoleczenstwa, generalnie powiedzmy. konsumpcyjnego, nietolerancyjnego, zaklamanego. ubrane to w mniej lub bardziej popowe dzwieki, ale zawsze jest to z punk powerem. swoja droga, koncert pokazal, ze mass kotki to jednak wcale nie takie oryginaly.

jak juz wczesniej powiedzialem, brzmienie nie bylo najmocniejsza strona wieczoru. dlatego pomimo znacznie wiekszej dawki zapamietywalnosci niz u skinny patrini, na dluzsza mete sama muzyka dziewczyn mogla meczyc. w towarzystwie jednak solidnego show, wrecz performance, ani przez moment nie bylo nudno. juz sama kreacja dzwiekow ciekawie wygladala. niby glownie elektronika z kompa, ale momentami tez wybijanie plemiennego rytmu. zabawa gitara, by za chwile cala trojka ustawila sie przy mikrofonach, by wygladac jak jakis girlsband z lat 50tych. wchodzacy ludzie na scene, pstrykanie publice fotek ich wlasnymi aparatami. dzielenie sie red bullem z lodowki. pogaduchy, rowniez na tematy polityczne (chyba nawet gdyby eskimos przyjechal do polski to by sie skumal, ze jakies wybory sie zblizaja). a takze, rownie powazna pogaducha o tolerancji wobec mniejszosci sexualnych, podczas ktorej amerykanin jakis wszedl na scene i opowiedzial o slownej napasci na niego w kiblu. wstyd wstyd wstyd… zwlaszcza na TAKIM koncercie. ehhh…

kapitalny koncert z klimatem. punkowa energia, a jednoczesnie wyrafinowanie. zarowno zartobliwie, jak i istotnie. nic dziwnego, ze na koncercie red hot chili peppers w londynie, chicksy zostaly wygwizdane. trudno oczekiwac, by statystyczny fan papryczek skumal cos wiecej niz pseudoartystyczne popiardywanie funk-wapniakow.

 

najlepszy moment: CHICKS ON SPEED – WE DON’T PLAY GUITARS

ocena: 7,5/10 

Leave a Reply