Tesa
kto: Tesa, No Reason Why
Jedziemy do Gdyni. Skoro na plakacie jest, że 19.00, to idziemy na 20.00. W końcu koncert bez obsuwy to nie koncert. I dużo się nie mylimy. Zaczyna grać pierwszy i jedyny support. Z zapowiedzi przyszłych koncertów organizowanych przez tę ekipę wynika, że stanie się to tradycją, że support będzie ograniczony do jednego wykonawcy, a nie jak wcześniej bywało – dwóch. W sumie może nawet lepiej, jeśli koncerty mają dalej się odbywać w Anawie. Z jednej strony cieszy, że frekwencja na koncertach wciąż dopisuje. Z drugiej strony – zobaczenie zespołu na scenie w takich warunkach graniczy z cudem. Więc o koncercie No Reason Why mogę mówić jedynie w kontekście dźwięków. Zresztą nieraz widziałem zespół w akcji, więc nie ma wielkiej straty. Dalej bardzo klasyczny hardcore z punkowym przytupem, dalej energia, młodzieńczy zapał i zdecydowanie lepszy odbiór fizyczny niż słuchowy. Ale dajmy chłopakom szansę, w końcu to dosyć młoda załoga.
Kwadrans przerwy i wchodzi gwiazda wieczoru, prosto z Łotwy. TESA. Trzech muzyków. Wiosłowi, czyli gitara i bas na przedzie, perkusista obsługujący także wokal z tyłu. Zaczynają grać pierwsze dźwięki i już wiem, że będzie to koncert niezwykły. Jeden z koncertów życia.
Zwykły opis? „Twórczość Tesy porównywana jest do dokonań takich kapel jak Neurosis, Cult Of Luna, Pelican, Breach czy Shora. Jest to głównie muzyka instrumentalna, gdzie gwałtowne nawałnice dźwięków przeplatane są nastrojowymi, czasami wręcz ambientowymi partiami, a wszystko to okraszone jest umiejętnie wykorzystanymi, różnego rodzaju gitarowymi efektami.” Może być, sam bym lepszego nie wymyślił. A chodzi o to, że jest to muzyka jednocześnie piękna i bolesna. Transowa, wstrząsająca. Gitarzysta z jednej strony kojący przestrzenną gitarką, by za chwilę ogłuszyć płynnym przejściem w miażdżące uszy zagrywki. Krzyk jako jedyny środek wyrazu, ale dzięki takiemu wykorzystaniu można się było przekonać, że to ma sens. Że inaczej by nie dało rady. Że krzyk został wynaleziony w muzyce właśnie do takich dźwięków.
Może gdybym się znajdował w lepszym stanie psychicznym, to inaczej bym odbierał ten koncert. Choć nie sądzę, by wszyscy na sali cierpieli na depresję i życiową rezygnację. A wszyscy stali i wchłaniali bez zastrzeżeń. Jedno wielkie misterium.
Już wielokrotnie wcześniej diy’owcy zapraszali kapele, które celowały w hałaśliwe dźwięki wywołujące trans. Kakistocracy, Embers, by ograniczyć się do kapel z USA. Ale chyba jeszcze żaden zespół nie potrafił tym hałasem chwycić tak za serce. Sprawić, że poczułem coś na kształt katharsis. Bo z hałasem w muzyce może być różnie. Mogą to być zwykłe tortury niczym nawalanie pejczem. Ale propozycja Tesa to było coś bardziej na kształt biczów wodnych. Boli, jest głośno, ale nie chcesz wychodzić z tego kokonu wypełnionego hałasem. Pół godziny koncertu to było zdecydowanie za mało. Za mało!
Olśnienie. Właściwie po raz kolejny, ale ten wieczór dobitnie mnie przekonał. Szukacie prawdziwej, szczerej, a przede wszystkim dobrej muzyki? Zaglądajcie więc na koncerty takie jak DIY. Zaglądajcie do Ucha czy Anawy (może czasem też i do Negatywu, heh). Lukajcie na independent.pl, MySpace, internet. Szukajcie tej muzyki. I dajcie sobie spokój z Teraz Rockiem czy Metal Hammerem, gdzie panuje myślenie, że dobra płyta to wydana w dużej wytwórni i wsparta klipem i reklamówką w którejś z tych gazet. Cena większości produktów jest związana z ich jakością. Płacisz gruby hajs, więc jest duże prawdopodobieństwo, że dostaniesz coś najwyższej jakości. Takie koncerty jak Tesa potwierdzają, że muzyka nie ma nic wspólnego z tym schematem. Koncert charytatywny, więc chłopaki dostali zapewne pieniądze na przejazd i żarcie. Za taki koncert mógłbym dać co najmniej 50 złotych. Ale dajmy spokój z przeliczaniem na złotówki. Czym zmierzyć wartość tego koncertu. Może emocjami? Więc. Koncert zespołu TESA to było czterdzieści minut błogostanu, możliwości uwierzenia w Muzykę, możliwości zapomnienia o troskach, depresyjnych klimatach, poczuciu lekkiego osamotnienia i zapomnienia, i wiary w siebie i własną wartość. No, całkiem cenne. Wręcz bezcenne.
najlepszy moment: TESA – PART 37
ocena: 9/10

