Simpsonowie: Wersja Kinowa

reżyseria: David Silverman
Dziś znów opowiem wam o filmie.
Simpsonowie. Się oglądało, jak było na Fox Kids. Się pokochało. I nie rozumiało. Dlaczego jeden z najbardziej zasłużonych dla historii telewizji seriali nie jest emitowany w normalnym kanale typu TVP czy Polsat lub inny TVN. Wystarczy mieć nadzieję, że film kinowy może coś w tej kwestii zmieni. Choć trochę późno, bo serial emitowany jest od osiemnastu lat.
No właśnie. Osiemnaście lat, a film pełnometrażowy dopiero teraz. South Park się doczekał filmu po paru latach. No ale cieszmy się, że w końcu jest. I rozkoszujmy się.
Bo trochę nerwów miałem. Czy sprosta wymaganiom, czy uda się oddać ducha serialu. Czy będzie to unikalne połączenie niegłupiego, czasem ostrego humoru i drugiego dna, przesłania. Tak, tak, TAK!
Scenariusz może pokrótce tak: jezioro w Springfield jest zagrożone, bo zanieczyszczone. Ogłoszony stan najwyższego zagrożenia. Odrobinę więcej zanieczyszczenia grozi zagładą, więc występuje absolutny zakaz wrzucania do jeziora czegokolwiek. Oczywiście zakaz zostaje złamany. Przez kogo? Oczywiście że przez Homera Simpsona. W związku z czym niejaki Russ Cargill z rządu amerykańskiego, za przyzwoleniem samego prezydenta Stanów Zjednoczonych Arnolda Schwarzeneggera (genialne! bo choć to Arnie, to debilizm prezydenta godny Georga Krzaka), poddaje Springfield kwarantannie totalnej. Po wyjawieniu, kto odpowiada za ten stan rzeczy, nie trzeba mówić, że niezbyt dobrze to rokuje na przyszłość rodziny Simpsonów…
Jak widać, temat filmu bardzo na czasie. I obawiałem się, że film będzie kolejnym elementem agitki ekologicznej by Al Gore. Niby cel szczytny, ale już się to trochę nudne robi. Na szczęście ekologia to tylko punkt wyjścia całej historii, na którą składają się zresztą rozmaite wątki, jak m.in. konflikt na linii Homer – Bart (a później i cała rodzina). Zresztą to właśnie Homer wydaje się być głównym bohaterem filmu. I dobrze. Bo to jednak, z całym szacunkiem dla pozostałych kapitalnych postaci, najlepsza postać w serialu. Jego debilizm zaś źródłem najbardziej satyrycznych żartów. I cieszy, że film też poszedł w tym kierunku, choć nie brak tu jednak zwykłych slapstickowych motywów. Miało być „dla każdego coś miłego” i jest. Może się podobać zarówno maniakom serialu, jak i tym, co nawet nie słyszeli o kreskówce z żółtymi ludzikami.
Simpsonowie z całym jego klimatem w potrójnie dłuższej niż serial dawce + zajebista historia + zachowany humor i klimat + Tom Hanks i Green Day w epizodach = sukces.
najlepszy moment: SPIDERPIG!
ocena: 8/10
