rageman.pl
Film

Inland Empire

rok: 2006

reżyseria: David Lynch

 

Widziałem nowy film Mistrza.

Przyznam, że szedłem do kina z duszą na ramieniu. Bo najpierw rzuciło się hasło w oczy z plakatu reklamującego film – „absolutnie najlepszy film Davida Lyncha”, wg jakiegoś tam krytyka. Ale zaraz potem słyszało się tu i ówdzie, że masakra, że ludzie wychodzą z kina, że Lynch się skończył. Opinie zasłyszane nawet u tych, co wcześniej łykali Lyncha bez problemu. Więc z niepokojem idziemy, na wszelki wypadek z kawą, i siadamy. Zero reklam, od razu film…

Myślę, że nawet nie ma sensu streszczać, o czym jest ten film. Ba, ciężko nawet opisać, co się dzieje w tym filmie. Lynch zrobił oficjalnie najbardziej popierdolony film w swojej karierze. Nawet bardziej od „Głowy do wycierania”, a „Twin Peaks” to przy IE bajka dla dzieci. Może nawet zatoczył swego rodzaju koło? W końcu „Głowa do wycierania” to też była ekstrema potęgowana przez niecodzienną formę. Chociaż bez przesady, czarno-biały obraz to nie jest szczyt ekstrawagancji, zwłaszcza że później w ten sam sposób nakręcił „Człowieka słonia”. Ale żeby kręcił cały film kamerą cyfrową?

Okazuje się jednak, że inaczej być nie mogło. Że ta cyfrówka potęguje surrealizm treści. I taśma filmowa zwyczajnie by nie pasowała. Bo ten film to jeden wielki eksperyment. Formalny, ale przede wszystkim w treści. Treści? Lynch otwarcie przyznaje, że zaczynał pracę nad filmem bez scenariusza. Który to powstawał na bieżąco. Dodał do wszystkiego fragmenty etiud „Rabbits” i „Green Room in Lodz” i voilà! Mamy trzygodzinną, filmową magmę.

Tu wszystko jest pojebane. Forma, treść, nawet język. Bo jak wiadomo, spora część filmu powstała w Polsce, z polskimi aktorami. Przede wszystkim to Peter Lucas („Kiler-ów 2-óch”, a przede wszystkim Taniec z gwiazdami hehe) miał największą rolę, z której moim zdaniem wywiązał się nieźle. Ale więcej się mówi o Krzysztofie Majchrzaku i Karolinie Gruszce (pojawia się też śp. Leon Niemczyk). Którą to, wg mojej interpretacji dzieła, można uznać za główną bohaterkę filmu. Wszyscy oni mówią po polsku (choć Lucas ma też sporo scen w języku angielskim), co dla nas wydaje się raz, że sympatyczne, dwa, że całkiem zrozumiałe. Ale wyobraźcie sobie Hiszpana czy nawet Amerykanina, którzy słyszą taki śmieszny język w filmie. Nie ma co, polski język też może być czasem surrealistyczny.

Dodam tylko, że zachwyty nad grą aktorską Polaków są trochę przesadzone, niemniej wstydu nie ma. I by zamknąć wątek polski, dodam, że dużą rolę gra tutaj też muzyka samego Pendereckiego (choć oczywiście za muzykę w głównej mierze odpowiada nadworny kompozytor Mistrza, Angelo Badalamenti). A o bardzo epizodycznej roli naszej eksportowej gwiazdy Weroniki Rosati nawet nie wspomnę, bo bez sensu.

Więc tak: jak wspomniałem, interpretacja moja taka jest, że to właśnie Gruszka jest główną bohaterką. Natomiast to, co przez większość czasu widzimy, dzieje się w jej wyobraźni. A tu mamy nadwornych aktorów Lyncha. Przede wszystkim Laurę Dern („Blue Velvet”, „Dzikość serca”), której naprawdę należy się szacun za tę rolę. Jest Harry Dean Stanton („Dzikość serca”, „Prosta historia”) w komediowej raczej roli. Jest Justin Theroux („Mulholland Drive”) w dosyć dużej roli. Do świata Lyncha, od razu w jednej z głównych ról, dołącza Jeremy Irons. A poza tym pierdyliard epizodów: William H. Macy, Julia Ormond, Diane Ladd, Grace Zabriskie… Plejada gwiazd bawi się w zabawę pt. „nie mam pojęcia, w czym gram i co gram, no ale w końcu to film Lyncha”.

Więc tak: możemy być niemalże pewni, że znów chodzi o problem z tożsamością, dualizm osobowości itepe itede. Czyli to, co już przerabialiśmy w ramach „Zagubionej autostrady” i „Mulholland Drive”. A „Inland Empire” można uznać za zwieńczenie tej tożsamościowej trylogii. Bo o ile ZA kładła nacisk na wizualny aspekt, a MD przede wszystkim na treść, tak w „Inland Empire” Lynch przyeksperymencił ze wszystkim. Dalej już się iść nie da. Czy jest to więc godne zwieńczenie trylogii? Pewności jeszcze nie mam. Nie ma co ukrywać, że Lynch wystawił widzów na ciężką próbę. Naraził na śmierć z przegrzania tysiące mózgownic swoich wielbicieli, którzy będą interpretować każdą scenę tego trzygodzinnego giganta. Pytanie: czy będzie to miało sens, skoro sam Lynch chyba nie do końca wie, co chciał przekazać tym filmem?

Z drugiej strony, może właśnie o to chodziło. Macie tu, dzieciaczki, zestaw klocków lego. Ułóżcie z nich, co chcecie. I co ważne: nie musicie wykorzystywać wszystkich klocków. Graniczy, myślę, z cudem interpretacja „Inland Empire” taka, by można do niej podpasować absolutnie wszystkie sceny filmu. Więc interpretujmy zatem, bez spinania się, że moja interpretacja jest zła, a Twoja be.

Eksperyment pt. „Inland Empire” udany. Cieszy, że Lynch wciąż poszukuje. Ale niech pozostanie on tylko jednorazowym eksperymentem, a nie kierunkiem na przyszłość. Bo wtedy nawet ja wymięknę. Na szczęście zawsze pozostaje „Twin Peaks” – dzieło o idealnym wyważeniu tego, co ziemskie i surrealistyczne. Ale może takie proporcje można osiągnąć tylko raz w życiu…

 

najlepszy moment: MACIE MOCNE NERWY?

ocena: 7/10