Mordy – Nobody
wydawca: Nasiono
Wieje ostatnio z tego bloga patriotyzmem, ale dziś to już zaszalejemy na całego. Trącące morską bryzą, z Trójmiasta pochodzące Mordy na tapecie.
Skoro od nadmorskich klimatów zacząłem – parę lat temu miałem okazję widzieć ten skład na rokrocznie odbywającym się na gdańskiej plaży Fląder Festiwal. Pamięć już nie ta, zakładając jednak że nie przekłamuje faktów, panowie uprawiali dość ciężkostrawne granie. Mam tu na myśli zdecydowanie bardziej trudność w odbiorze aniżeli jakość, nie zmienia to jednak faktu, że ani nie pobiegłem do Empiku wykupić całą dyskografię kapeli, nawet niespecjalnie wracałem do nich myślami. I kiedy wpadła mi w ręce (z dość sporą obsuwą, ale też – jak słowo się rzekło – niespecjalnie starałem się być z twórczością chłopaków na bieżąco), nastawiałem się raczej na ciężką przeprawę przez kanonadę chropowatych dźwięków i wytworów światopoglądu pt „Sztuka dla Sztuki”. I rzeczywiście, takie przygody zapowiada już pierwszy w indeksie „2 Oceany”. Co prawda żadnej muzycznej rzezi nie ma, a początkowa muzykotapeta wybucha w całkiem przyjemnie postrockowy sposób, to jednak zaczęło rodzić się podejrzenie, że Mordy wciąż zasilają dumny poczet polskich alternatywnych kapel, które grubą warstwą tak-bardzo-ambitnych dźwięków próbują przesłonić brak jakiegokolwiek poczucia melodii i harmonii.
I wtem. Olśnienie. Miała na imię „Hornetess” i była piosenką cudownej urody, jakby jej przodkowie mieli na imię John, Paul, George i Ringo. A kiedy w aranżacji jej zagościł żeński wokal (który jeszcze przejawi się w wielu momentach płyty), zacząłem żałować swych grzesznych wcześniejszych myśli i podejrzeń. I nawet jeśli w dalszej części materiału melodia znów schodzi na dalszy plan, to odbiór tych rozmaitych odlotów jest już diametralnie inny. Bo mam pewność, że panowie grają tak bo chcą, a nie dlatego że inaczej nie potrafią. Inna sprawa, że obiektywnie rzecz ujmując są to eksperymenty najwyższych lotów. Czy to w „Bleus”, gdzie panowie proponują dość przegiętą wariację na temat dźwięków z delty Missisipi, czy w „Feeling”, gdzie jak słusznie zauważył recenzent „Teraz Rocka”, stanowi próbę (udaną, rzecz jasna) stworzenia ballady godnej prekursorów progresywnego rocka, czy wreszcie zdecydowanie najbardziej agresywny w punkowy sposób „Wrong”, mający coś z wkurwionego na maxa Joy Division. Ja jednak pozostanę mentalnym popersem i wyróżnię rozśpiewany przez gościnnie tu występujące Anię Steller i Asię Kuźmę „Perły” i „Dogs Of Heart”, brzmiący jak klasyczny rockowy przebój, z kapitalnym refrenem i bombastycznym finałem. A my tu lubimy klasyczne rockowe przeboje, jeśli tworzą je ogarnięci kolesie, a nie wieśniaki.
I dzięki „Nobody” lubię też Mordy. A wydawcy jak zwykle winszuję znakomitego gustu.
najlepszy moment: DOGS OF HEART
ocena: 7,5/10
