rageman.pl
Muzyka

Metal Hammer Festival 2007

gdzie: Spodek, Katowice

kto: Tool, Dir En Grey

 

Metal Hammer Festival. Przede wszystkim zaś: koncert TOOLa. Kolejny. Rok temu na czerwcowym koncercie rozbudzili nadzieję na ponowny przyjazd w listopadzie. Pomylili się o 9 miesięcy. Ale dobrze że w ogóle przyjechali. I dali tak piękny koncert. Co nie znaczy, że perfekcyjny.

Przede wszystkim nie obyło się bez kontrowersji, bo z zapowiadanych 7 zespołów wystąpiło w końcu 5. I o ile za Bury Your Dead nikt specjalnie nie płakał, tak żal z powodu odwołania występu przez Chrisa Cornella pozostał. A to właśnie chyba jego występ miał być największą sensacją. Bo nawet jeśli jako solista jest na początku swojej drogi (druga płyta ukazała się niedawno), to przecież ten koleś to chodząca legenda. Opierający swe koncerty na legendarnych numerach swych poprzednich zespołów – Audioslave, a przede wszystkim Soundgarden. Ale Krzysiu ponoć się rozchorował i odwołał parę koncertów w Europie. W tym padło i na nasz.

Ale co to ma do Toola? Sporo. W związku z odwołaniem koncertu Chrisa zapowiedziano, że pozostałe zespoły będą w związku z zaistniałą sytuacją grać dłużej. Przede wszystkim Tool. I nawet już na samym Festivalu Makak, występujący w roli konferansjera, podsycał nadzieje. Figa z makiem. Niestety, Tool już jest na takim etapie (nie od wczoraj zresztą), że opcja „chłopaki, zagrajcie dłużej okej?, bo nam jedna gwiazda odpadła” raczej nie zadziała. W kontrakcie jest 80 minut i tak ma być. Nie zmieni tego nawet wszechmogący Metal Mind.

Zacznijmy od tego, że opuściły mnie koncerty Fair To Midland i Delight. Zwłaszcza tego pierwszego żałuję, bo pewnie nieprędko zdarzy się okazja ponownego ich ujrzenia. A sztukę dali ponoć niezłą.

Poza Delight drugim reprezentantem Polski była Coma. Akurat z tego koncertu zrezygnowałem dobrowolnie. Jakoś nie miałem nastroju na Piotra Roguckiego i spółkę.

Zobaczyliśmy więc dopiero Dir En Grey. Sądząc po zgromadzonej publice – drugiej po Toolu gwieździe wieczoru. Inna sprawa, że zespół zgromadził bardzo własną publikę, która po koncercie w większości rozeszła się do domów.
O co więc chodzi? Zaproszono DJ Tiesto czy jak? Nie, propozycja DEG jak najbardziej pasowała do konwencji rockowego festiwalu (no raczej Coma też ma mało wspólnego z metalem, right?). Chodzi o to, że Dir En Grey japońskim zespołem jest. A tak się złożyło, że Polak i Japończyk dwa bratanki, w związku z czym wszelkie objawy japońskiej kultury na polskich ziemiach są przyjmowane z totalnym entuzjazmem (bardzo łagodne słowo) japonofilów. Których u nas niemała. A właściwie na tyle dużo, że potrafili wypełnić Spodek.

Fani Japonii to w ogóle ciekawe przypadki. W większości są to dziewuszki poprzebierane w fikuśne stroje typu wyuzdana uczennica. Takie wannabe in manga stajl. Ma to swoje dobre i złe strony. Dobrą stroną jest wizualny aspekt. Złą – dźwiękowy. Bo dawno nie słyszałem pisku rodem z koncertów Piaska na metalowym koncercie.

Kurczę, też uczyłem się japońskiego (i wciąż chcę do tego wrócić). Też jarałem się kulturą japońską, bo jest się czym jarać. Fakt, kultura japońska jest o tyle oryginalna, że nie bez powodu określa się gatunki takimi mianami jak j-rock, j-pop itepe. I prędzej znajdziesz fana, słuchającego na wyłączność j-rock bądź j-pop niż j-rock i np. rocka amerykańskiego czy brytyjskiego. Takie to są oryginały. Przypuszczam że spora część kieruje się zasadą „łykam wszystko co japońskie”. Dlatego też więcej było na koncercie Dir En Grey fanów Japonii niż rocka czy metalu. Co jest o tyle nie do końca sensowne, że DEG nie jest aż tak bardzo japońskie. Owszem, wokal to czysta Japonia, nie tylko pod względem językowym, ale też hmmm melodycznym (yep, mają nawet własne melodie). Ale dźwiękowo to była czysta sieka spod znaku Slipknot z okresu „Iowa”. Fajne, nietypowe już w warstwie dźwiękowej, a japoński wokal potęgował ów nietypowość. Dodać do tego fakt, że podali to wszystko ze sporą dozą energii (przypomniał mi się koncert Dillinger Escape Plan ze Stodoły, gdzie bałem się że muzycy powybijają sobie zęby gryfami gitar) i entuzjazmu i wychodzi na to, że to był całkiem niezły koncert, choć na pewno o wiele bardziej podobał się tym, którzy znali muzykę DEG wcześniej. Mnie taka godzinna dawka egzotycznych dźwięków w pewnym momencie zmęczyła. Choć na pewno będę miał na tych panów oko.

Dobra, czas na gwiazdę główną, która się pojawiła po dość długiej przerwie technicznej.

Scenografia prawie identyczna jak rok temu. Prawie, bo wprawdzie taka sama konstrukcja telebimów (w ilości 4-5 na szerokość całej sceny), to dodatkowo nad sceną zawisła ogromna płachta z grafiką z albumu „10,000 Days”. Co przy naprawdę dobrej pracy oświetleniowców (nawet jakieś lasery się pojawiły, bożesz ty mój) sprawiało, ze wizualnie to była fajnie podrasowana wersja tego, co mogliśmy oglądać już rok temu.

Muzycy w dokładnie takiej samej konfiguracji na scenie. Adam Jones nieruchomo po lewej, dalej Maynard na podeście, następnie Danny za swoim byczym zestawem perkusyjnym i po prawej stronie, niemal na wyciągniecie mej drobniutkiej reki, Justin i jego przepotężny bas. Kącik dla fanek z gimnazjum: Adam ponoć sobie zrobił warkoczyki a’la Pokahontas. Nie widziałem, ino slyszałem. Natomiast Maynard dalej paraduje z byczym irokezem. ale co najważniejsze i co dotyczy również aspektu muzycznego: przygrywa sobie na klawiszach! Nawet jeśli na razie niewiele one wnoszą, to i tak fajnie.

Albo być może tylko wydaje mi się, że niewiele wnoszą. No niestety nagłośnienie znów nie było pierwszorzędne. Na dodatek, bodajże w trakcie „Lateralusa”, nagłośnienie siadło totalnie, choć sami muzycy tego nie zauważyli (albo nie chcieli zauważyć) i grali dalej. Najwięcej zaś kontrowersji wzbudza wyjątkowo liche nagłośnienie wokalu. Co jednak być może miało swój sens. Jak się okazało parę dni po koncercie, Tool odwołał koncerty z powodu problemow z głosem Maynarda. Epidemia jakaś czy co? Doceńmy więc, że pomimo problemów, w przeciwieństwie do Cornella, Tool wystąpił ze zbolałym wokalista.

Setlista… 8 piosenek. 9, jeśli liczyć coś na kształt ni to intra, ni to miniaturki z użyciem maynardowych klawiszy. Liczba trochę zastraszająca, ale dodajmy, ze były to czasem bardzo rozbudowane wersje i tak niekrótkich piosenek. Już pamięć nie ta, dokładnie wszystkich niuansów nie kojarzę. Najbardziej jednak powaliło rozbudowanie „Schismy”.
Zaczęli jednak od „Jambi”. Z początku numer nie przekonał, ostatnio jest dla mnie w pierwszej trojce naj songów z ostatniego albumu. Po nim „Stinkfist”, czyli sięgamy po killerski singiel z „Aenimy”. I przy tej płycie zostajemy, bo dalej wybrzmiewa „46&2”. Po nim zaś wspomniany „Schism” i chyba najmocniejszy fragment wieczoru – „Rosetta Stoned” z „10,000 Days”. Nawijka Maynarda z początku numeru przeraża. Numer ciągnie się w nieskończoność, ale to właśnie jest takie koncertowe wydłużanie kompozycji, które dla mnie mogłoby się nigdy nie kończyć. Następnie największa niespodzianka wieczoru – „Flood”. Pierwszy raz w historii koncertów w Polsce. Pierwsza i jedyna tego wieczoru kompozycja z „Undertow”. Yep, „Sober” nie będzie. Zresztą parę kompozycji ubyło w porównaniu z rokiem ubiegłym. Na szczęście „Lateralus” się ostał. Kompozycja, tak jak rok temu, MIAŻDŻY. Całość kończą hitem z ostatniego albumy, czyli „Vicarious”.

Jak widać, odpadło parę numerów, jak „Right in Two” czy singlowe „Sober” i „Aenima”. Pojawiła się za to niespodzianka w postaci „Flood”. Coś za coś. Trochę jednak szkoda, ze zespół z tak rozbudowanymi kompozycjami ogranicza swoje koncerty do 80 minut. A przecież nie zawsze tak było. 6 lat temu, w warszawskiej Hali Mery grali chyba nawet ponad dwie godziny.

Wciąż jest to trasa promująca ostatni album, wiec oczywiste było, ze niewiele będzie się różnić całość od tego co zaprezentowali rok temu. Może cieszyć jednak podstawowa zmiana w postaci interakcji zespołu z publika. Tool to Tool, żadnych gadek w postaci „We love U Poland” oczekiwać nie można. Ale ci co byli na wspomnianym koncercie w Hali Mery mogli poczuć się rozczarowani podejściem Maynarda z ubiegłorocznego koncertu. Warto więc odnotować: sytuacja się poprawiła. W ramach powitania: „Konnichiwa”, co może oznaczać że zwracają wciąż uwagę z kim dzielą sceny koncertowe. Pod koniec, powiedziane w przekozacki sposób „peace out”. I jeszcze parę gadek w międzyczasie, w tym ta rozczarowująca: „Polish people, look at the time. It’s time to finish”. Powiedziane na długo wcześniej zanim się koncert faktycznie skończył. Reszta zespołu również sprawiała wrażenie bardziej wyluzowanych niż rok temu. Klaskanie muzyków, uśmiechy itp… no, w przypadku tego zespołu takie rzeczy warte są odnotowania.

To był zajebisty koncert zajebistego zespołu. Z bardzo dobrym supportem w postaci Dir En Grey. Mógłbym wymieniać mnóstwo przychylnych epitetów, ale niestety jednego zabraknie. Magiczny. To określenie jest zarezerwowane dla występu sprzed 6 lat. Myślałem że słowa Tool, koncert i magiczny będę mógł stawiać obok siebie zawsze. Niestety, tegoroczny koncert rozwiał moje nadzieje, przynajmniej na razie. Czekamy na normalny koncert, nie festiwalowy. I może już nie organizowany przez Metal Mind, bo od czasu jak zabrali się za organizację gigów Toola ci zaczęli podejrzanie cieniować.

 

najlepszy moment: TOOL – ROSETTA STONED

ocena: 7/10

Leave a Reply