rageman.pl
Muzyka

Beach Boys Hardcore Summer Fest

gdzie: Ucho, Gdynia

kto: Confronto, Second Combat, Backsight, Calm The Fire, Oreiro

 

yeah. brakowalo mi takiego dobrego hardkorowego konccertu.
od poczatku: na miejsce (Ucho oczywiscie) przybywamy z siostra, rusakovami i jedrasem po 19.00, a wchodzimy okolo 20.00. start teoretyczny mial byc o 18.00, no ale w hc/punk raczej punktualnym sie nie jest. byc moze obsuwa wyniknela tez z tego, ze odpadl jeden sklad, a mianowicie Last Point. wiec pojawiamy sie dopiero na pierwszej z reprezentacji polski – Oreiro. i niestety bylo to chyba najwieksze rozczarowanie wieczoru. tyle wczesniej opowiesci slyszanych o tym skladzie, ze cos niesamowitego, ze przeciez personalne powiazanie ze Zlodziejami Rowerow i w ogole. a tu dupa. pare byc moze chwytliwszych momentow, co sie moga kojarzyc ze ZXRX, a poza tym rzerzenie i szczekanie na wokalu. albo za glupi na taka muzyke jestem, albo cos jest nie tak i jestesmy swiadkami the great hardcore swindle. niezrozumiale wrzaski nie musza skreslac muzyki. przeciez Madame Germen tez trudno nazwac poezja na wokalu. ale trzeba nadrabiac emocjami, by bylo je w tych wrzaskach czy stekaniach slychac. u Oreiro bylo jak dla mnie najwyzklejsze szczekanie, ktorego bym nie potrafil obronic, gdyby ktos spoza klimatow punk/hc kazal mi powiedziec, o co w tym kurwa chodzi. moze innym razem bede przychylniejszy. tutaj mnie zmeczyli.

przerwa techniczna. gorac panujacy w klubie nie pozwala wytrzymac. wszyscy na czas przerwy tej i pozniejszych wypierdzielaja z klubu. a bylo tego niemalo. raczej sukces frekwencyjny. starzy zaloganci ale tez swiezy emo narybek i metale w koszulkach slipknota. no niech zobacza co to znaczy prawdziwy koncert hehe.

pojawiaja sie w koncu lokalni reprezentanci. czyli oczywiscie Calm The Fire. duzo czasu minelo od ostatniego razu, gdy ich widzialem w Uchu. o ile sie nie myle, chyba uslyszelismy nowy material. yep, calm the fire to juz nie tylko lokalna atrakcja. trza sie liczyc z tym, ze nam niedlugo na trasy po swiecie wyfruna, ha! choc nie zabraklo ofkors klasykow typu „weapon of choice” czy „nothing more”. solidnie brzmia chlopaki, choc marzy mi sie, by kiedys zabrzmieli chocby tak jak grajacy tego samego wieczoru Confronto. coz, jesli komus brakuje zespolu Sunrise, to powinien skierowac swe uszy w najwiekszym stopniu na Calm The Fire wlasnie. choc na szczescie mowimy tu o inspiracji, bez przekraczania granicy, za ktora zaczyna sie zrzynanie. w calm the fire bowiem chyba wiecej pierwiastka punk w brzmieniu niz niegdys u Pata i spolki, a mniej metalu i atthegates’owania. ladna laurka mi wyszla na czesc Paciora i spolki, wiem, no ale co zrobic, skoro sam zainteresowany prawdopodobnie to przeczyta hehe. wiec jeszcze na oslode: zarowno w sunrise i CTF charyzma frontmanow podobna. na wysokim poziomie. nie, powaznie teraz: nawet w konfrontacji z wokalistami pozostalyc wystepujacych w Uchu tego dnia zespolow, w tym i zagranicznych, widac bylo ze to co mowi Pacior to sto procent prawdy. zero schematow, pustych gadek typu „nie jedzcie miesa, bo to zlo”. a konkretne poglady, zainspirowane ideologia straith edge/hardcore/punk/wahetever, ale przefiltrowane przez wlasny pomysl na zycie. i za to szacunek.

ok, czas teraz na zagranice. jako pierwsi zaprezentwali sie Backsight. francuzi. dwie gitarki, sekcja rytmiczna i chudziutki skromniutki wokalista slicznie mieszajacy angielski z francuskim akcentem. ale w muzyce juz nie bylo tak pozytywnie. mieso, duzo hardkorowego miesa. taki hardkor moge zjadac kilogramami. solidne brzmienie, osadzone w klasyce, bez metalowych nalecialosci i bez punkowej prostoty jednoczesnie. 100 procent hardkoru. stretch arm strong, black fridey ’29, moze nasz polski 100 inch shadow. jesli komus nie w klimacie zaprezentowac to, czym hardcore obecnie stoi, proponuje wlasnie takie granie jak backsight. szkoda ze bylo to okolo 20 minut.

a teraz egzotyka wieczoru. chyba po raz pierwszy Ucho goscilismy w 3miescie hardcoreowy zespol z Azji. z Malezji konkretnie. Second Combat. pozamykali geby wszystkim tym, co twierdzili, ze to bedzie bardziej egzotyczna ciekawostka niz solidny wystep. francuzow nie przebili w moim rankingu, ale i tak wielki podziw. podobne granie, choc ubozsze brzmienowo (jedna gitarka) i wiecej punka bylo w tym. za to wokalista nadrabial melodyjnymi zaspiewami. to co jednak najbardziej przykulo uwage to interakcja z publika. widac bylo, ze dla tych kolesi to jest naprawde wielka radocha taki koncert. mozna bylo narzekac ze przez tyle gadek wokalisty wystep przedluzyl sie do 40 minut, a przy chujowosci poolaczen skm duzo ludzi musialo po 2nd Combat wracac do domow, omijajac wystep Confronto. mozna, ale przeciez wokalista zapewne nie mial pojecia jak to wyglada z tym powrotem z Ucha. zreszta, glupio byloby, gdyby musial redukowac swoj przekaz ze wzgledu na polaczenia skm. nawet jesli czasem te gadki popadaly w banal, to chyba warto bylo posluchac, bo nieczesto mamy okazje posluchac tego co maja do powiedzenia mieszkancy Malezji, rajt? zwlaszcza jak maja tak wykrystalizowane poglady jak ten zespol. swietna muzyka, historyczny wystep, jeden z najlepiej przyjetych zespolow jakie widzialem na koncertach hc/punk. brawo.

no i gwiazda wieczoru: brazylijskie Confronto. imprezy z cyklu Beach Boys maja to do siebie, ze zapraszaja czasem kapele, ktore nie do konca tkwia w nurcie harcore/punk, jesli chodzi o podejscie. moze by i Calibana nie zaprosili, ale juz np dla Deadlocka, ktory chyba chce podazac drogami swoich krajanow, znalazlo sie miejsce. na pewno mniej w tym radykalnego podejscia niz w przypadku organizatora Paciora. co ma swoje plusy i minusy. choc jednak najwazniejsze jest to, ze jest troche inaczej.

przydlugi wstep ten byl po to, by troszke skumac zjawisko pod tytulem koncert Confronto. „pokaz mi swoja koszulke, a powiem Ci kim jestes”. prosze: Slayer, Motorhead, ale tez Second Combat. jak widac, wiecej metalu niz hc na koszulkach i tak tez bylo w przypadku samego wystepu. hatebreed, sick of it all. jakies nazwy pewnie by sie bardziej nadawaly, ale juz mniej wiecej wiemy, w jakim kierunku skojarzenia maja isc. wreszcie metale, ktore tlumnie przybyly na koncert, znalezli cos dla siebie. i karatecy w koszulkach schizmy. momentami takie blasty byly, ze poczulem sie jak na jakiejs metalmanii. choc z ta odrebnoscia Confronto nie przesadzajmy – swoim przekazem potwierdzili, ze sa na wlasciwym miejscu we wlasciwym czasie. choc bylo glownie o sytuacji w brazylii niz o samej ideo hc czy sxe. no i co najwazniejsze – to byl chyba najlepiej brzmiacy koncert w historii hc/punk eventow w gdynii. taki ogien z dupy ze szok. naprawde godne pol godziny.

swietny wieczor. ale co najwazniejsze: wokalista confronto w jednej ze swych gadek powiedzial cos, co mi kolatalo w mysli przez caly wieczor. real music from real guys. olejcie gwiazdeczki z usa. zwroccie uwage, ze tu wasz kontakt z muzykami to cos wiecej niz bieganie o autograf. lepiej bym tego nie ujal. hardcore daje mi cos, czego nie znajde na koncertach na torwarze czy w spodku gwiazd z zagranicy. poczucie, ze dostaje muzyke od prawdziwych ludzi, a nie kolesi stworzonych przez specow od marketingu. od kolesi, z ktorymi chcialbym pogadac. nawet jesli nie przy piwku, a soku i kotlecie sojowym.

 

najlepszy moment: CONFRONTO – CONFRONTO

ocena: 7/10 

Leave a Reply